Rok 1863: milowy kamień historii sztuki

Wtedy właśnie, wśród rechotów gawiedzi pierwszy raz na salony weszły obrazy, dziś warte miliony dolarów, które zwiastowały nastanie nowej epoki: impresjonizmu.

Żeby zrozumieć o co poszło, trzeba się cofnąć aż do XVII wieku

Wtedy to zaczęto organizować w Paryżu cykliczne wystawy dzieł sztuki znane jako „Salon”. Jednak na Salon nie mógł ze swym dziełem wejść każdy pierwszy lepszy malarski dyletant. W celu zapewnienia odpowiedniego poziomu działała komisja złożona z profesorów Akademii Sztuk Pięknych, która dopuszczała dany obraz na wystawę.

Wszystko było dobrze, dopóki gusta profesorów, widzów i malarzy były takie same

Ale gdzieś w połowie XIX wieku zaczęło się to zmieniać. Leśne dziadki z jury i publika lubowała się wówczas w specyficznej tematyce. Promowano tematy patetyczne, historyczne albo odwołujące się do mitologii. To jednak nie wszystko – ważne było też to, jak malowano. Olbrzymich rozmiarów obrazy były bardzo szczegółowe, wszystkie linie bardzo wyraźne. Do perfekcji opanowano operowanie światłocieniem, co sprawiało, że każde dzieło było wręcz trójwymiarowe. Popatrzmy na jednego z największych ulubieńców akademickich profesorów, Jeana Leona Gerome i jego scenę z walk gladiatorów:

Piękny obraz. Można by go oglądać godzinami i zachwycać się mimiką każdej z postaci siedzących na trybunie. Prawda?

Sęk w tym, że przedstawiona tu scena w rzeczywistości trwałaby maksymalnie kilka sekund. Artysta ujął moment, który pojawiłby się i momentalnie zniknął. Gdyby ktoś znalazł się w tej chwili na rzymskiej arenie nie miałby szans zaobserwować tego, co zaobserwowałby oglądając spokojnie obraz na wystawie. O właśnie, kolejna sprawa… takie rozważania są czysto teoretyczne, bo nikt z oglądających nigdy nie był i nie będzie świadkiem walk gladiatorów. Jest to dla nas sytuacja kompletnie obca.

Zarówno tematyka, jak i sposób przedstawienia jest tak idealny, że w rzeczywistości nie miałby racji bytu. Po pierwsze, walka gladiatorów to scena oderwana od współczesnego życia. Po drugie, gdybyśmy ją jednak oglądali i następnie mieli odtworzyć z pamięci to wiedzielibyśmy że: a) był jakiś gladiator, b) był tłum c) na ziemi leżeli pokonani przeciwnicy d) no i zapewne moglibyśmy powiedzieć gdzie siedział cesarz, bo zwracał na siebie naszą uwagę. Ile było rzędów na trybunie, jak wyglądały płaskorzeźby zdobiące arenę, jak szczegółowo wyglądała zbroja wojownika – tego nikt by nie wiedział.

Wzbudziła więc akademicka sztuka opór

Jako pierwszy dał sygnał do ataku Gustave Courbet. Malarz ten przeszedł do historii jako najwybitniejszy twórca realizmu, odtwarzał bowiem to, co widział w rzeczywistości. Póki co chodziło o zmianę tematyki, ale już to wywołało olbrzymie kontrowersje. Zamiast umierającej Kleopatry – wiejski pogrzeb. Zamiast królów i cesarzy – zmęczeni kamieniarze. Zamiast boginek i pastereczek – chłopki przy pracy. Dla nas to nic szokującego, ale wtedy wywołało prawdziwy wstrząs.

Jednak prawdziwy szok miał dopiero nadejść

Im bardziej młodzi malarze buntowali się przeciwko akademickim wzorcom, tym bardziej zacięty opór stawiało jury. Ostatecznie doszło do tego, że w 1863 roku odrzucono kilka tysięcy (czyli większość) zgłoszonych na Salon prac. Łatwo sobie wyobrazić jak potężny musiał ból dupska jaki w efekcie tego powstał.

Ostatecznie sprawa rozbiła się o cesarza Napoleona III, który postąpił, jako artystyczny konserwatysta, z iście makiaweliczną intrygą: obok „oficjalnego” rozkazał zorganizować również drugi Salon: Salon Odrzuconych, na który miały trafić wszystkie obrazy niezakwalifikowane do wystawy oficjalnej. Liczył, że publika wyśmieje nowe trendy i ostatecznie spacyfikuje to buntowników.

Bynajmniej cesarz się nie pomylił

Zgodnie z jego przewidywaniami wystawie towarzyszył zazwyczaj śmiech. Zazwyczaj, bo bywało również gorzej, znaczna część gawiedzi była zbulwersowana tym co zobaczyła.

Największe wzburzenie wzbudził obraz Eduarda Maneta „Śniadanie na trawie” (fot. tytułowa). Dziś nic szczególnego, jednak wówczas miał on iście obrazoburczy charakter i to bynajmniej nie z powodu gołej babki z przodu. Akademickie malarstwo nie miało żadnych oporów w prezentowaniu nagości, jednak pod jednym warunkiem: musiało być to uzasadnione. W tych pełnych hipokryzji czasach jak najbardziej dozwolone było „szczucie cycem” w scenach związanych z mitologią czy historią, jednak nikomu nie śniło się przedstawiać golizny jako golizny. Tak po prostu.

Manet tymczasem zaprezentował scenę z życia współczesnych Paryżan, którzy wybrali się na piknik

Obok dwóch facetów siedziała goła kobieta i co więcej, bezczelnie patrzyła się w kierunku widza! Jednak to nie tematyka, wprost nawiązująca do szerzącej się w popularnym Lasku Bulońskim prostytucji (z którą, a jakże, nikt z oglądających nie miał nic wspólnego) była najbardziej kontrowersyjna. Znacznie „gorszy” był warsztat malarza, który kompletnie zrezygnował ze stosowanych dotychczas rozwiązań.

Po pierwsze, kobieta kąpiąca się w głębi jest zdecydowanie zbyt duża względem znajdującej się bliżej trójki. Po drugie, Manet zrezygnował z misternych światłocieni, w efekcie czego cały obraz wydaje się płaski. Wystarczy porównać ciało bohaterki „Śniadania” z poniższym obrazem wybitnego konserwatywnego malarza francuskiego, Jeana Ingresa. U Maneta mamy blady placek, u Ingresa nawet subtelne załamania pleców są wyraźnie zaznaczone.

A skoro już jesteśmy przy dziele Ingresa to warto zwrócić uwagę, jak wielki diabeł ukryty jest w szczegółach. Porównajmy misternie skonstruowaną zasłonę u Ingresa z tą namalowaną u innego z bohaterów „Salonu Odrzuconych”, Jamesa Whistlera (Amerykanin, ale tworzący we Francji):

Czy to oznacza, że ci malarze nie potrafili malować?

Wręcz przeciwnie. Każde z tych rozwiązań, podobnie jak u większość ich następców (niekoniecznie impresjonistów) zajmujących się sztuką nowoczesną nie jest efektem braków warsztatowych, lecz przemyślanego ujęcia tematu. Były to czasy gdy świat zaczęła powoli podbijać fotografia. Malarstwo nie miało już racji bytu jako coś, co obiektywnie przedstawi rzeczywistość. Chodziło o to, by oddać świat jaki malarz postrzega: a tu nie mieściły się wiernie oddane kilkusetosobowe tłumy, nie było miejsca na popisy przy odtwarzaniu detali czy odwołania do historycznych scen. Chodziło o ujęcie, jak lekceważąco nazwał to jeden z ówczesnych komentatorów „impresji”, czyli aktualnego spostrzeżenia, które jest wszak bardzo ulotne.

Salon Odrzuconych był punktem zwrotnym dla karier młodych artystów

Choć tłum ich wyśmiał, pojawiały się również głosy przychylne. Jeden z handlarzy dogadał się z malarzami i rozpoczął eksport dzieł do innych krajów, gdzie brano jak leci wszystko co pochodziło z Paryża, który wówczas uchodził za stolicę kultury i dobrego smaku.

W następnych latach także paryska publika, a nawet profesorowie Akademii zaczęli być coraz bardziej liberalni i coraz mniej chętnie patrzyli na „akademickie” malarstwo. A wszystko przez to, że cesarz w swej intrydze zakiwał samego siebie…

Bibliografia:

Z. Kępiński – Impresjonizm
A. Osęka – Siedem dróg sztuki współczesnej
E. Gombrich – O sztuce
Obrazki z Wikipedii

Podobał Ci się wpis? Polub mój blog na Facebooku 😎