„Bakcyl dżumy nigdy nie umiera”: filozofia absurdu Alberta Camusa

Mało jest w polskiej szkole punktów styczności z filozofią, niewiele więcej ze światowej klasy literaturą, ale „Dżuma” wyjątkowo pozwala dotknąć obu.

Jesteś sobie zwykłym szarym człowiekiem.

Żyjesz sobie w jakimś prowincjonalnym, zabitym dechami mieście – raz lepiej, raz gorzej, aż nagle przychodzi kilku smutnych panów, którzy oświadczają, że miasto jest zamknięte, bo jest epidemia i będziesz mógł wyjechać jak ją już przeżyjesz. Jeśli przeżyjesz. Co robisz? Modlisz się? Boga nie ma. Próbujesz uciec? Nic to nie da. A jeżeli uznamy, że to nasze życie jest jedną wielką chorobą z którą jakoś trzeba sobie poradzić?

Albert Camus miał wyjątkowego pecha. Ojciec został zmielony razem z błotem i setkami tysięcy innych Francuzów w okopach pierwszowojennej Bitwy nad Marną gdy Albert miał kilka miesięcy. Potem zaś, nie dosyć, że były człowiekiem chorowitym, to jego dorosłe życie przypadło na czasy kryzysu lat 30-tych, II wojny światowej i okresu powojennej niepewności, we Francji związanej z pękającym imperium kolonialnym.

Ludzie z tego pokolenia mieli niewiele powodów, by z optymizmem patrzeć w przeszłość, stąd taką wielką popularnością cieszyła się wówczas filozofia egzystencjalizmu

Egzystencjaliści zajmowali się człowiekiem i jego miejscem w świecie, zwłaszcza w kontekście jego ograniczonych możliwości związanych ze śmiertelnością. Pierwszym takim filozofem, o równie ciężkim jak Camus życiorysie był Kierkegaard. Ale Kierkegaard wierzył w Boga, w kierunku którego chciał uciec przed światem budzącym lęk. Camus w Boga nie wierzył. I nie lękał się świata. Świat był dla niego czystym absurdem.

Absurd jest centralnym pojęciem filozofii Camusa

Z jednej strony człowiek, który szuka jakiegoś racjonalnego porządku we wszystkim co go otacza. Z drugiej, świat, który jest od tego porządku jak najdalszy. Człowiek w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że wstaje rano do roboty czy do szkoły i to wszystko bez sensu, bo nagle można, jak sam pisarz zresztą, zginąć w wypadku i tyle po nim. Ta wzajemna konfrontacja pragnienia porządku przez człowieka i jego kompletnego braku w świecie rodzi w nas przytłaczające poczucie absurdu.

Cóż więc można z nim zrobić?

Czytając „Dżumę” możemy spotkać różne postawy wobec choroby. Jedni się modlą – ale Camus w Boga nie wierzył. Inni próbują uciekać – ale to też bez sensu. Nie można zająć pozycji zewnętrznej wobec absurdu, wziąć go w nawias. Poza człowiekiem z jednej, a światem z drugiej strony nie ma nic, do czego można by się zwrócić.

Camus uważał, że jedyną receptą na walkę z absurdem jest bunt przeciwko niemu

Jest to jednak bunt nietypowy, gdyż polega właśnie na zrozumieniu swojej pozycji i przyjęcie jej. W swoim eseju „Mit Syzyfa” Camus stawia za wzór Syzyfa, który musiał przez całą wieczność wtaczać na górę głaz, który zaraz się staczał. Syzyf robił rzecz całkowicie absurdalną, jednak to właśnie zaakceptowanie swojego losu i skrupulatne wykonywanie tej bezsensownej roboty było tym co daje jego życiu wartość. Równie bezsensowna była walka doktora Rieux z szalejącą epidemią – nie był w stanie jej zatrzymać, a mimo to spędzał w pracy po kilkanaście godzin dziennie. To było jedyne słuszne rozwiązanie.

Ten swoisty bunt przez zaakceptowanie absurdu sprawiał, że Camus nie popierał samobójstwa. Samobójstwo było jaskrawym przykładem poddania się absurdowi, podobnie jak z poddania się absurdowi wynikały wojny i inne zbrodnie. Człowiek zbuntowany przeciw absurdowi musi żyć, choć wszystko co robi kiedyś będzie sprowadzone do nicości – przeminą artyści i ich dzieła, tyrani i ich oponenci zostaną kiedyś sprowadzeni do dwóch stron jednego konfliktu a o zwykłych ludziach których mijamy na ulicy to w ogóle nikt nie będzie pamiętał.

Jednak nie oznacza to, że nie trzeba tworzyć, walczyć o słuszną sprawę albo wstawać rano, wypić herbatkę i zacząć kolejny dzień życia szarego człowieka. To absurdalne, ale stanowiące istotę człowieczeństwa.

Bibliografia:
F. Copleston – Filozofia Współczesna

Jeżeli Ci się podobało: