Bez tytułu

W polu „tytuł” wpisałem „bez tytułu”. Czy mój tekst ma tytuł „bez tytułu”, czy go nie ma?

W pewnym mieście otwarto uberhipseterki klub nocny. Ale żeby był naprawdę hipsterski, to poza ściągnięciem wszystkich lokalnych gwiazdek Instagrama właściciel postanowił nie nadawać mu żadnej nazwy. Miał to być więc klub bez nazwy. Ale że na Instagramie trzeba jakoś tagować, to wszyscy zaczęli nazywać ten klub „klubem bez nazwy”.

Są więc (pozornie) dwie możliwości:

Klub ma nazwę – „klub bez nazwy”. Więc… nie jest klubem bez nazwy

„Klub bez nazwy” nie jest nazwą tego klubu. Czyli „klub bez nazwy” jednak dobrze ten klub określa, czyli patrz wyżej…

Paradoks?

Pozornie tak, ale ten, w przeciwieństwie do takich jak ten ze statkiem Tezeusza ma proste rozwiązanie, które wymaga jednak wprowadzenia pewnego pojęcia: pojęcia metajęzyka.

Paradoks klubu bez nazwy (albo artykułu bez tytułu) jest w rzeczywistości przykładem błędu ekwiwokacji. Zachodzi ona wtedy, gdy w naszym rozumowaniu jakiś termin pojawia się w dwóch różnych znaczeniach, ot najbardziej toporne:

Spotkałem się fajną laską.

Laska to taki drewniany kij.

Więc: spotkałem się z fajnym drewnianym kijem.

Tutaj jednak pozornie wszystko jest jasne: klub bez nazwy ma pozornie tylko jedno znaczenie. Pozornie, gdyż de facto występuje w znaczeniu językowym i metajęzykowym.

1.„Klub bez nazwy” w rozumieniu jego bywalców odnosi się do jakiegoś konkretnego, fizycznego miejsca, gdzie grana jest muzyka i sprzedawane są drinki. Jest więc nadaną spontanicznie nazwą, wyróżniającą go od innych klubów w mieście.

Czy można nazwać klub „klubem bez nazwy”? Albo nadać tytuł dokumentu „bez tytułu”?

Dokładnie takie samo zjawisko zachodzi, gdy jakiś grubas zostaje przezwany przez swoich kumpli „Chudym”. Nie będzie więc błędem stwierdzenie, że „Chudy” jest gruby, skoro nasz bohater waży 140 kilo i bynajmniej nie są to mięśnie. Natomiast zdanie to nie ma sensu, gdy zamiast „Chudego” jest chudy rozumiany jako typowy suchoklates.

Więc chyba jednak można.

2.Natomiast w sensie metajęzykowym mówiąc „klub bez nazwy” poruszamy kwestię nie klubu (jako miejsca), tylko faktu, że nie została mu nigdy nadana oficjalnie nazwa. Przedmiotem naszego zainteresowania jest więc zagadnienie językowe (kwestia istnienia nazwy bądź nie), stąd też operujemy tu metajęzykiem (językiem który mówi o języku). Gdybyśmy mieli ten pozorny paradoks objaśnić bardziej banalnym przykładem wyglądałby on tak:

  1. Kot złapał mysz.

  2. „Mysz” ma jedną sylabę.

  3. Kot więc złapał jedną sylabę.

Bibliografia:
P. Łukowski – Paradoksy

A na zdjęciu #malarstwo i #beksinski – jak się domyślacie, obraz ten nie ma tytułu 😎

  • Basia

    Przeczytałam z przyjemnością. Życzę wielu sukcesów w prowadzeniu bloga, u mnie od dawna dodany do ulubionych blogów:)