Dwie twarze antyklerykalizmu

W XVIII wieku po obu stronach kanału La Manche działali filozofowie których myśl była skrajnie antychrześcijańska. Na tym jednak podobieństwa się kończą, gdyż jedna z tych szkół dowiodła niezbicie, że antyklerykalizm też może być dogmatyczny.

Doprawdy ciężko było w tamtym czasie we Francji o intelektualistę, który nie uważał, że religia jest zjawiskiem szkodliwym – dotyczyło to nawet wielu księży

Paradoksalnie ludzie ci najczęściej nie byli ateistami. Zachwyceni rozwojem nauki uważali, że świat jest dobrze zaprojektowaną konstrukcją, za którą odpowiada Bóg. Ale na tym jego rola się kończyła – nie uczestniczył on w życiu człowieka, nie domagał się kultu, o całej masie religijnych nakazów i zakazów nie wspominając.

Co więcej, zdaniem „les philosophes” religia jest jedną z przeszkód, które stoją na drodze do szczęśliwego społeczeństwa. Dzięki niej mała garstka kleru może siedzieć wygodnie na garbach innych, a królowie i książęta usprawiedliwiać swą władzę. Jednak tak jak dzięki rozumowi ludzie mogą zapanować nad przyrodą i wyeliminować krzywdy przez nią sprawiane, tak mogą usunąć instytucje społeczne, które stoją na drodze do szczęścia. Nie dosyć, że mogą, to powinni – wszyscy francuscy wolnomyśliciele byli mniej lub bardziej zaangażowani w politykę.

Tymczasem po drugiej stronie kanału La Manche żył człowiek, który podzielał stanowisko co do przydatności religii w społeczeństwie. David Hume jednak różnił się od francuskich kolegów „drobnym” szczegółem: postawą. O ile we Francji dominował klimat wojującego antyklerykalizmu, to Hume podszedł do sprawy zupełnie inaczej.

Jednym z najważniejszych wynalazków Hume’a była tak zwana Gilotyna. Pisałem już o niej w kontekście etycznym. W skrócie chodzi o to, że informacje o faktach jakie obserwujemy nijak się mają do tego, jak je oceniamy. To drugie jest bowiem wyrazem irracjonalnych pragnień. Owszem, uważamy, że morderstwo jest złe, katedra Notre Dame piękna, a pizza smaczna, ale nie damy rady znaleźć dla tych ocen racjonalnych uzasadnień. To pierwsza różnica, gdyż we Francji uważano wprost przeciwnie – że rozum jest w stanie doprowadzić nas do poznania „naturalnych” kryteriów dobra i piękna.

Hume potraktował więc religię z boku. O ile tamci myśliciele byli zaangażowani w próbę realizacji swoich poglądów w praktyce, Hume napisał długi esej „Historia religii naturalnej”. Esej ten jest pionierskim przykładem badania religii z punktu widzenia psychologii i socjologii. Filozof twierdzi, że religia nie jest żadnym wymysłem elit, stworzonym by móc kierować głupim ludem, lecz spontanicznym wynalazkiem, który miał ludziom pomóc zaspokoić swoje potrzeby. Potrzeby te wynikały ze strachu i niezrozumienia otaczającego świata a szczególnie pojawiać się miały w trudnych czasach – głodu, epidemii czy wojen.

Trzeba zaznaczyć jeszcze raz – Hume nie uważał, że religia te potrzeby zaspokaja dobrze. Wręcz przeciwnie, uważał, że w wielu wypadkach przeszkadza ona w znalezieniu rzeczywistego środka do rozwiązania problemu. I jest tylko jeden problem: Hume naprawdę chciałby, żeby na świecie nie było księży, kościołów, modlitw, obrzędów….

…ale są.

Dobrą analogią będą tutaj poglądy polityczne Hume’a. Twierdził on, że co prawda może i istnieje jakiś tam idealny system polityczny i dobrze go znać, ale tylko po to, by zmieniać istniejącą rzeczywistość „za pomocą takich delikatnych zmian i innowacji, które nie spowodowałyby wielkich zakłóceń społecznych”. Nie widział wielkiej wartości Hume w dywagacjach „która władza jest legalna”. W 1688 roku w Anglii doszło do tzw „chwalebnej rewolucji” i zmienił się król. Legalnie? Co za różnica! Skoro ludzie uznali nowego władcę, Wilhelma Orańskiego, to teoretyczne dywagacje nie mają sensu. Hume nie zgadzał się też z Johnem Locke co do oceny legalności władzy absolutnej – jeżeli ludzie się takiej władzy słuchają, to należy ją uznać za prawowitą. Dziś powiedzielibyśmy, że Hume stał na stanowisku realizmu politycznego.

Nie będę ukrywał, że bliska jest mi postawa Hume’a i za głowę się niekiedy chwytam, gdy czytam antyklerykalne komentarze

W 2016 roku Donald Trump, zaprzeczenie ideału cnotliwego purytanina zdobył wśród białych ewangelikan (nie „ewangelików”, to dwie różne sprawy) 81% głosów. Więcej niż Ronald Reagan czy George Bush! Jak się jednak okazało przeprowadzone w następnych latach badania pokazały, że bardzo często ktoś kto deklarował się jako „ewangelikanin” nie znał albo nie zgadzał się z doktryną religijną głoszoną przez zaliczane do tego nurtu protestantyzmu odłamy. Co ciekawe, w dokumentach wewnętrznych ISIS które kilka lat temu wyciekły do mediów 70% bojowników zadeklarowało jedynie „podstawową” wiedzę na temat islamu. Krótko mówiąc religia jest tu raczej listkiem figowym i etykietką ułatwiającą identyfikację „swoich” niż autentycznym elementem tożsamości. Coś jak szalik z nazwą klubu noszony przez pseudokibica, który „gdyby się interesował piłką, to by został piłkarzem”. Choć mowa o protestantach i muzułmanach, to wystarczy wejść w komentarze pod wpisem KEP na temat wydarzeń w Pruchniku, żeby zobaczyć, że „katolików” też to dotyczy.

Jest skrajną naiwnością sądzić, że to „mainstreamowe” instytucje religijne są problemem, w sytuacji, gdy radykałowie coraz śmielej się od nich odcinają

Przybiera to różne formy, od mcdonaldyzacji amerykańskiego ewangelikanizmu w postaci tzw „megachurchów” (potężne sale widowiskowe na których odbywają się nabożeństwa dla tysięcy ludzi, przypominające raczej występy gwiazd showbiznesu, często transmitowane też w telewizji) przez uzielonoświątkowienie katolicyzmu jak i tzw „pobożność ludową” czy nawet popularność mszy trydenckich. Wszystkie te zjawiska łączy skupienie się przede wszystkim na mocno nacechowanej emocjonalnie formie, która jednocześnie nie wymaga od odbiorcy wielkiego merytorycznego przygotowania. Nawet czytając awantury w internecie łatwo zauważyć, że najczęściej rzucanymi cytatami są mocno przystępne w odbiorze wypowiedzi Jezusa z Ewangelii, zaś dużo bardziej rozbudowane i wymagające do zrozumienia szerszej wiedzy fragmenty choćby z Listów św. Pawła czy pisma tzw Ojców Kościoła nie pojawiają się prawie wcale.

Fundamentaliści nie czytają „Summy Teologicznej”

…za to chętnie będą się doszukiwać „znaków” w płonącym kościele, albo pobiją się o gałązkę z ołtarza na Bożym Ciele. Problemem nie jest religia sensu stricte, gdyż jest masa dowodów na to, że może ona we współczesnym społeczeństwie koegzystować w sposób co najmniej nieszkodliwy. W świetnej książce „Fantasyland” dziennikarz Kurt Andersen analizuje ostatnie 500 lat historii pod kątem znalezienia źródeł, przez które USA stały się jednym wielkim siedliskiem foliarstwa, denializmu naukowego i teorii spiskowych (paradoksalnie z wysepkami rozumu którymi są najlepsze uniwersytety świata). Zaczął od Marcina Lutra i reformacji, która odcięła się od racjonalnych podstaw religii na rzecz czystej wiary (co ciekawe Hume stoi na identycznym stanowisku przeciw „les philosophes”, którzy uważali, że z budowy świata da się rozumowo wywnioskować istnienie jakiegoś genialnego konstruktora). Jednak ostatnie rozdziały poświęcił współczesnym zabobonom, które mają najczęściej wybitnie świecki charakter!

Każdy antyklerykał powinien więc sobie odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie: o co mu właściwie chodzi?

Jeżeli chodzi bowiem o walkę z patologiami, to najprawdopodobniej po zniszczeniu instytucjonalnej religii dalej będą one obecne, co więcej może się okazać, że będą one jeszcze wyraźniejsze, bo będąc np. katolikami fundamentaliści muszą się chociaż odrobinę hamować. Gdy zaś się ogłoszą neopoganami, założą zbór ewangelikalny albo nazwą „prawdziwymi katolikami” (nie to co „papież-lewak-heretyk”) i otworzą wszystkim demonom ciemnoty drzwi na oścież. Trochę to przypomina taktykę prowadzonych kilka lat temu walk w Syrii, kiedy wojska rządowe rzucały masę bomb na pozycje rebeliantów. Sęk w tym, że rebelianci siedzieli w bunkrach kilkanaście metrów pod ziemią i jedynym efektem ostrzału było zniszczenie miasta na powierzchni…

Oczywiście nie chodzi o to, żeby przymykać oko na patologie i szkody

Chodzi po prostu o to by nie bagatelizować problemu przez stawianie wobec tak złożonych zjawisk diagnoz mieszczących się w jednym akapicie. To trochę tak jakby, wracając do analogii z pseudokibicami, uznać, że znikną oni gdy rozwiąże się Ekstraklasę czy zdelegalizuje piłkę nożną. Albo wzorować się na internetowych ekspertach, którzy nie mając zielonego pojęcia choćby o historii kolonialnej państw zachodnich w dwóch zdaniach „rozwiązują” problem islamskiego terroryzmu.

W teorii prawa znany jest problem psychicznej niezawisłości sędziego, który musi orzec w sprawie wyjątkowo bezwzględnych przestępstw. A Thomas Kuhn zwrócił uwagę na psychiczne predyspozycje naukowca, któremu z pewnością nie tak łatwo będzie uznać po kilkudziesięciu latach, że się mylił. Być może bezwzględne zdystansowanie się do jakiejś sprawy, w tym wypadku roli religii w społeczeństwie jest niemożliwe, co nie znaczy, że nie warto próbować. Mało w naszej historii było pozytywnych wydarzeń w których kierowano się emocjami zamiast chłodnych kalkulacji, warto o tym pamiętać.

Bibliografia:

D. Hume – Historia religii naturalnej
F. Copleston – Historia filozofii t. 5 (szerzej o filozofii Hume’a)
P. Russell – The Riddle of Hume’s Treatise (o stosunku Hume’a do religii, szczególnie rozdział V)
K. Andersen – „Fantasyland” oraz ten artykuł, stanowiący streszczenie ostatnich rozdziałów książki:
https://www.theatlantic.com/magazine/archive/2017/09/how-america-lost-its-mind/534231/

Jeżeli Ci się podobało:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *