Kościół i nauka – wrogowie czy przyjaciele?

Można sobie wyobrazić, że franciszkańscy archeolodzy, działając na zlecenie samego Papieża dokonują wielkiego odkrycia naukowego zmieniającego postrzeganie historii Palestyny. Wtedy bezsprzecznie należałoby uznać tu zasługi Kościoła na rzecz nauki. Ale… nie zawsze byłoby to takie proste.

Największy błąd, jaki mógłby popełnić ktoś pisząc o historii to błąd ahistorycyzmu

Polega on z grubsza na tym, że jakieś zjawiska oceniamy z innej perspektywy historycznej, niż ta, w której miały miejsce („czemu Napoleon przegrał pod Waterloo? Mógł przecież użyć lotnictwa…”). Niestety, jest to błąd bardzo łatwy do popełnienia. Kiedy czytamy o dawnych czasach, mamy bowiem pewne współczesne wzorce dotyczące choćby najbardziej trywialnych spraw. Ludziom od małego bombardowanym obrazami z dalekich krajów w formie zdjęć czy filmów ciężko jest wejść w tryb przeciętnego człowieka sprzed jeszcze 200 lat (a nawet i na początku XX wieku fotografia nie była taka popularna), który przez całe swoje życie zgromadził w swym umyśle jedynie obrazy jakie obserwował wyłącznie w swojej wiosce. No, może w jakiejś jednej pielgrzymce i to raczej niezbyt dalekiej. A żeby zrozumieć dobrze mentalność ludzi sprzed wieków, musimy pamiętać o rozlicznej ilości takich pierdół.

Spytacie – jak się to ma do relacji Kościoła i nauki?

A ma się, i to wiele. Przez stulecia zmieniał się tak Kościół jak i to, co nazywamy nauką. Obecnie idąc na Mszę widzimy pewien obrzęd w języku polskim. Gdybyśmy poszli na Mszę we Francji bądź w Rosji widzielibyśmy ten sam obrzęd w języku francuskim bądź rosyjskim. Jednak nie zawsze tak było – do Soboru Watykańskiego Drugiego Msze odprawiane były na całym świecie po łacinie. To jednak nie koniec – Sobór trydencki, który miał miejsce w XVI wieku ujednolicił liturgię Kościoła zachodniego. Wcześniej obowiązywały różne wersje mszałów, które (nieznacznie, ale jednak) różniły się od siebie. Im dalej cofamy się w czasie, tym bardziej ta różnorodność się zwiększa.

Kościół, jak i każda inna instytucja, w różnych epokach wyglądała często zupełnie inaczej

Różny zakres władzy mieli papieże, różne obowiązki i prawa mieli biskupi, rożne były priorytety. Konklawe wprowadzono w roku 1058, a większość papieży w historii powołano wcześniej w inny sposób. Różny był też realny wpływ papieży na Kościół i władzę świecką. O ile taki Innocenty IV był potężnym monarchą, o tyle zdarzali się papieże będący jedynie marionetkami niemieckich Cesarzy, francuskich królów, a nawet, w X wieku, do którego zaraz wrócimy, lokalnych rzymskich zadymiarzy.

Tu właśnie rysuje się pierwszy problem jaki mamy z oceną relacji Kościół – nauka: gdzie zaczyna się odpowiedzialność Kościoła za te czy inne zdarzenia?

Zakaz sprawowania funkcji politycznych przez duchownych wprowadził Sobór Watykański II – niecałe 60 lat temu. Jeszcze przed wojną kardynał Adam Sapieha zasiadał w polskim Senacie, o takich przypadkach jak rządy kardynałów Richelieu czy Mazarina w siedemnastowiecznej Francji nie wspominam. Pojawia się więc pytanie – na ile działali oni jako świeccy politycy, a na ile jako przedstawiciele Kościoła? Nie jest tajemnicą, że przykładowo sam Mazarin miał duży spór z ówczesnym papieżem, Aleksandrem VII.

W miarę łatwo jest nam oddzielić wpływ duchownych od wpływu władzy świeckiej jedynie w dwóch okresach, kiedy były one ewidentnie rozdzielone – współcześnie, po Soborze Watykańskim II oraz przez trzy pierwsze stulecia istnienia, gdy chrześcijaństwo było przez władze ówczesnego Cesarstwa Rzymskiego nieuznawane.

Kolejną sprawą jest sam problem tego co to właściwie znaczy „wpływ władzy duchownej”, gdyż nie każde działanie księdza, biskupa czy nawet papieża można uznać z działanie Kościoła.

Doskonałym przykładem jest tutaj wspomniany wyżej X wiek, czas pornokracji, największego upadku instytucjonalnego Kościoła. Był to czas, gdy papieży obsadzała lokalna rzymska szlachta. Wybierano marionetki, a przez kilkadziesiąt lat olbrzymie wpływy na papieskim dworze miały kobiety nie bez przyczyny porównywane do prostytutek. To był Kościół „oficjalny” w swej najmroczniejszej twarzy, gdzie nepotyzm był ważniejszy niż jakiekolwiek dogmaty.

Jednocześnie rozwijał się we Francji ruch odnowy skupiony wokół klasztoru w Cluny, gdzie promowano celibat oraz skupienie się na modlitwie, pracy i nauce. Głoszono również hasła potępienia symonii (czyli kupowania stanowisk kościelnych) oraz nepotyzmu. Działo się to w ramach Kościoła oczywiście, ale na mniej-więcej takiej zasadzie jak dziś istnieje w Kościele, powiedzmy, środowisko Radia Maryja czy Tygodnika Powszechnego.

Co jest oficjalnym głosem Kościoła – stanowisko papieża Franciszka, oficjalne dokumenty wydawane przez Stolicę Apostolską czy, ostatecznie, przez Polski Episkopat, czy to co usłyszymy na antenie Radia Maryja? Jak więc oceniać ten okres historii Kościoła – przez pryzmat Cluny czy przez pryzmat Rzymu?

Skoro jesteśmy już przy Cluny to pochylmy się nad sylwetką człowieka, który zdecydowanie miał potencjał do bycia największym papieżem w historii, jednak okoliczności historyczne i krótki pontyfikat mu to uniemożliwiły. Gerbert z Aurillac, od 2 kwietnia 999 roku papież Sylwester II był nominatem niemieckiego cesarza Ottona III i jako pierwszy chciał zreformować Kościół według reguły kluniackiej. Ja jednak nie o tym – tenże człowiek był najwybitniejszym intelektualistą ówczesnej Europy Zachodniej. Interesował się astronomią, filozofią i matematyką oraz biegle posługiwał mało znanymi wówczas instrumentami naukowymi – sam skonstruował zegar wodny oraz skomentował wszystkie znane wówczas pisma Arystotelesa. Na tle zainteresowanych głównie dziewczynami i pieniędzmi poprzedników robił wręcz szokujące wrażenie. Pozostaje jednak pytanie – czy ta uczoność Gerberta vel Sylwestra II wynikała z tego, że był głową Kościoła?

To jest kolejny, i w sumie chyba najpoważniejszy problem z jakim należy się zmierzyć oceniając relacje nauka – Kościół: czy fakt, że ktoś był księdzem, biskupem czy nawet papieżem automatycznie nakazuje przypisać jego osiągnięcia naukowe Kościołowi?

Jeżeli odpowiemy, że tak, to niestety popełnimy bardzo poważny błąd logiczny. Fakt, że ktoś był księdzem czy nawet jakimś kościelnym dostojnikiem mógł bowiem sprzyjać jego pracy, mógł mu ją utrudniać (i zasługi byłyby wtedy odniesione MIMO kościelnych ograniczeń) lub mógł być najzwyczajniej obojętny dla osiągnięć naukowych danej osoby. Te kwestie musimy wyjaśnić, gdyż inaczej dochodzimy do dosyć absurdalnych wniosków. Sporo znanych heretyków (choćby Jan Hus, Marcin Luter czy Giordano Bruno) było katolickimi księżmi, jeżeli więc z tego tytułu łączyć ich dorobek z Kościołem to otrzymujemy absurdalny wniosek, że Kościół odpowiada za herezje, które zwalczał…

Problem ten doskonale widać jeżeli zestawimy ze sobą dwóch współczesnych księży – Michała Hellera i Tadeusza Guza.

Ten pierwszy jest wybitnym polskim naukowcem, zasłużonym między innymi na polu zwalczania pseudonaukowych teorii „inteligentnego projektu”. Ten drugi, niestety również profesor, twierdzi, że ewolucja to mit i za jej rozpowszechnienie obarcza… protestantów, co jest o tyle kuriozalne, że to właśnie protestanci najbardziej nie chcieli (a w USA ciągle nie chcą) przyjąć do wiadomości, że ewolucja to jak najbardziej fakt. Dwóch ludzi Kościoła, a dwa różne stanowiska.

Sam fakt, że ktoś był księdzem ma jeszcze jeden czynnik, którego nie można pominąć – są to pewne predyspozycje psychiczne danej osoby

Ludzie ciekawi świata, kreatywni w średniowieczu mieli dwie drogi – ślizgać się, za przeproszeniem, na krowim gównie w rodzimej wiosce albo związać się z Kościołem. Wybór jak w ruskiej stołówce, ale co robić? Też bym studiował powiedzmy teologię. Z tą ruską stołówką to zresztą nie takie odległe porównanie. Jeżeli ktoś chciał robić karierę naukową za komuny nie tylko u nas, ale tym bardziej w ZSRS musiał prędzej czy później związać się w jakiś sposób z Partią. Czy to, obiektywnie rzecz biorąc czyniło z tych ludzi komunistów a z PZPR/KPZS promotora nauki i postępu? Propaganda twierdziła, że owszem, ja jednak byłbym nieco bardziej sceptyczny.

Wpis miał początkowo charakter polemiczny z popularnym ostatnio na wykopie tagiem dotyczącym relacji nauki i Kościoła, jednak z różnych względów zdecydowałem się mocno go przerobić i ograniczyć do własnych dygresji na temat formy, w jakiej ten spór należy prowadzić.

Nie będę też ukrywał, że od stanowiska mocno antykościelnego, w ostatnich latach wyewoluowałem swoje poglądy do umiarkowanego, z lekko-antykościelnym odchyłem. I nie jest to bynajmniej zasługa obecnego rządu, który lubi podkreślać swe rzekome przywiązanie do tradycji chrześcijańskich (jak to jest w praktyce mieliśmy okazję poczytać ostatnio w Fakcie), różańców do granic, redaktora Terlikowskiego czy obrzydliwych plakatów pod szpitalem Bielańskim.

Nie, to nie to.

Wystarczyło poczytać „Tygodnik Powszechny”, kilka książek i przyznać przed lustrem, że tylko kompletny idiota mógłby mieć w tak skomplikowanej sprawie radykalne poglądy. Przypomina mi się też powiedzenie Szymona Hołowni, że nie zna nikogo, kogo ojciec Adam Boniecki (redaktor-senior TP) odwrócił od Kościoła, zna za to setki ludzi, których Boniecki do Kościoła nawrócił. Kto zna jakiekolwiek wypowiedzi księdza Bonieckiego, ten wie, że jest to wzór umiarkowania, spokoju i wyważonej dyskusji, leżący wręcz na antypodach tego co dziś nazywa się w Polsce „debatą publiczną”.

Ale to Tygodnik Powszechny ma dwucyfrowe wzrosty sprzedaży przy dwucyfrowych stratach innych czasopism papierowych, prowadzących „debatę publiczną”. Radzę wziąć to pod uwagę wszystkim ludziom Kościoła.

Bibliografia:
Książki z serii „Historia Powszechna” wydawnictwa PWN
S. Swieżawski – Dzieje europejskiej filozofii klasycznej
W. Carroll – Historia chrześcijaństwa t. 2
Polecam również książkę N. Daviesa „Europa”, w której jest masa ciekawostek zdejmujących „różowe okulary” przez jakie patrzymy na historię, takich jak choćby postrzeganie relacji dziecko-rodzic, dieta czy nawet posiadanie w domu lustra. Daje wiele do myślenia, a tradycyjne „sypanie datami i nazwiskami” ogranicza do minimum.

Jeżeli Ci się podobało: