Marcjon z Synopy: facet, który Stary Testament wyrzucił do kosza

Choć termin „herezja” w popularnym obiegu kojarzy się raczej ze średniowieczem, to ich największy wysyp miał miejsce dużo wcześniej, w czasach gdy na Ziemi żyli jeszcze ludzie osobiście pamiętający cieślę z Nazaretu.

W pierwszych trzech wiekach chrześcijaństwa, oparta na dosyć rachitycznych i świeżo spisanych podstawach, mocno rozdrobniona religia była szczególnie podatna na wpływy obce, które nadciągały z różnych stron. Stare religie Imperium Rzymskiego, nierzadko pociągające swoją tajemniczą aurą oraz popularna w nieodległej egipskiej Aleksandrii filozofia neoplatońska (której najdoskonalszym przedstawicielem był w późniejszym czasie Plotyn) kusiły, by je z nową wiarą połączyć.


Co czyniono na różne, niekoniecznie ortodoksyjne sposoby

Na samym początku największą sympatią „synkretyków” cieszył się gnostycyzm. Gnostycy byli starsi od chrześcijaństwa, jednak początkowo nie mieli oni w sobie wiele uroku i kryli się na marginesie religijnej sceny Cesarstwa. Zmieniło się to wraz z powstaniem chrześcijaństwa, którego zasadniczy element, odkupieńcza męka Chrystusa bardzo gnostykom przypasował.


Gnostycy uważali, że istnieją dwa światy

Jeden, materialny, jest kompletnie zły. Kompletnie! Wszystko co jest złożone z materii nie zawiera w sobie ani odrobiny dobra, nawet jeżeli wydaje się nam, że przynajmniej czasami jest inaczej. Z drugiej strony, świat duchowy jest światem całkowicie dobrym, nieskalanym żadnym złem. Naturalnie nie było to takie proste, u gnostyków istniało multum walczących ze sobą bytów pośrednich (zazwyczaj wszelkiego rodzaju bóstwa czczone gdzieś na wschodzie Cesarstwa, a nawet wąż, który namówił Ewę do zjedzenia słynnego owocu), jednak nie będziemy się tu tym zajmować. Istota jest prosta: świat materii – czyste zło, świat ducha – czyste dobro.

Do istoty tej ograniczył się Marcjon z Synopy, działający w pierwszej połowie II wieku

Uznał on nie tylko istnienie dwóch światów, lecz również dwóch Bogów. Bóg numer jeden, to Bóg Starego Testamentu – Jahwe czy też demiurg, stworzyciel tego świata. Nie jest on do końca zły, bardziej pasowałoby tu słowo „sprawiedliwy” lub „surowy”. Jahwe stworzył świat ułożony na prostej zasadzie: winy i kary. Marcjon wczytując się bardzo dosłownie w treść Starego Testamentu doszedł do wniosku, że osoba która wymaga tak rygorystycznego przestrzegania różnych pozornie głupich przepisów pod najwyższymi karami nie może być postacią dobrą i kochającą, a świat przez nią stworzony nie jest, delikatnie mówiąc, najprzyjemniejszym miejscem.

Jednak obok „sprawiedliwego” i „surowego” istniał też drugi Bóg – Najwyższy, o którym, co ciekawe ani ludzie, ani nawet sam Jahwe nie mieli pojęcia. Bóg ten miał być Bogiem pełnego miłosierdzia i litości nad ludzkimi nieszczęśnikami żyjącymi pod despotyczną władzą Jahwe.


Istnienie tego Boga wyszło na jaw, gdy zabity na krzyżu został Chrystus, będący jego posłańcem.

Dzięki kaźni Chrystusa, którą miał, co ciekawe, zgotować nieświadomie Jahwe, ludzie dostąpili możliwości poznania (gr. gnosis, teraz nazwa tych sekt jest chyba jasna) Boga Najwyższego, która miała prowadzić do zbawienia duszy. Podstawą tego poznania było uznanie, że Jezus Chrystus nie jest „Mesjaszem” ze Starego Testamentu. „Mesjasz” miał być, podobnie jak wszyscy prorocy posłańcem „starego” Boga.


Oczywiście Chrystus nie powiedział w Nowym Testamencie jasno, że jest posłańcem „tego drugiego Boga”

Marcjon więc, po poważnej lekturze, uznał za konieczną zmianę kanonu chrześcijańskich pism. Jak napisałem już w tytule, do kosza poleciał cały Stary Testament, gdyż zawiera z założenia fałszywe nauki Jahwe. Jedyne natchnione pisma to „oczyszczona” Ewangelia Łukasza i większość listów apostolskich Pawła z Tarsu. Tego ostatniego zresztą uważał Marcjon za jednego z nielicznych oświeconych ludzi, którzy właściwie poznali naturę Chrystusa jako posłannika tego „dobrego” Boga.


Dla tych, którym spodobał się pomysł odrzucenia starotestamentowych przepisów w całości nie mam dobrych informacji

Marcjon promował bowiem totalną ascezę i wyrzeczenie się dóbr materialnego (czyli złego) świata. Najwyżej wtajemniczonym zabronione było nawet zawieranie małżeństw i płodzenie dzieci. Ale nie wszyscy tak uważali, istniały bowiem sekty gnostyckie, które uważały, że prawdziwe poznanie nastąpi po odrzuceniu podziału na dobro i zło, co kończyło się licznymi orgietkami…


Marcjon nie był bynajmniej małym epizodem w historii religii

W II i III wieku marcjoniści i gnostycy stanowili prężny ruch, który całkiem poważnie zagrażał Kościołowi. Co więcej, główna koncepcja gnostycka: dualizmu złego świata materii i dobrego świata ducha regularnie powracała przy okazji różnych herezji w świecie chrześcijańskim. Nawet dziś znajdziemy sekty do tej ideologii nawiązujące.


Marcjon to jednak przede wszystkim ten, który Stary Testament po przyjściu Chrystusa uznał za nieaktualny

Nawet współczesny katechizm Kościoła Katolickiego (podobnie jak i inne, główne wyznania chrześcijańskie) wprost go za to potępia. Warto o tym pamiętać, bo stałym elementem gimbodyskusji o religii jest podparta wyrwanymi z kontekstu cytatami z Biblii teza, że Chrystus Stary Testament zniósł.


Nie znam się – może i zniósł. Szkoda, że większość chrześcijan o tym nie wie.


Bibliografia:

W. Tatarkiewicz – Historia filozofii Tom 1: Starożytność i średniowiecze

M. Simon – Cywilizacja wczesnego chrześcijaństwa

S. Runciman – Manicheizm średniowieczny


Wpis się podobał? Polub mój profil na Facebooku 🙂