Markiz de Sade, największy perwers wśród filozofów

…i największy filozof wśród perwersów.

Różne ludzie mają perwersje. Jedni świadomie kupują Fiata Multiplę, inni jedzą Nutellę z masłem, a jeszcze inni oglądają główną Wykopu bez włączonego Ad Blocka i wrzuceniu odpowiedniego zestawu tagów na czarną listę.

Żadna jednak nie przebije tego, co opisywał w swych książkach, szczególnie w tej najsłynniejszej – „120 dni Sodomy” najsłynniejszy z libertynów – Donathien Markiz de Sade.

Jest to jedna z trudniejszych książek w historii literatury i to bynajmniej nie ze względu na jakiś zaawansowany język. Po prostu, ciężko to przeczytać i się nie porzygać. Ciężko ją nawet zakwalifikować jako pornograficzną, bo nie tyle jest o seksie, co o mordowaniu ludzi w najbardziej bestialski i upokarzający sposób.

Zanim jednak dojdziemy do niesławnego Markiza przyjrzyjmy się bliżej libertynom. Choć dziś termin ten kojarzy się raczej z ludźmi wcielającymi w życie kolejne pomysły rodem ze stajni Brazzers i Evil Angel, to początki były nieco inne.

Pod koniec XVI wieku wyraźnie było widać zużycie średniowiecznej filozofii scholastycznej. Była ona oparta na dogmatach – niepodważalnych prawdach, z których wyciągano za pomocą logiki kolejne wnioski. Co prawda wielkie „wątpienie” zazwyczaj kojarzy się z Kartezjuszem, ale już kilkadziesiąt lat przed nim ludzie zauważyli, że w ówczesnej, uniwersyteckiej filozofii jest jak w lesie, i należałoby ją trochę przewietrzyć.

Tacy właśnie byli pierwsi byli libertyni.

Niewiele mieli wspólnego z seksem, z perwersjami i z całym tym pociągającym dodatkiem. Dziś określilibyśmy ich raczej mianem „wolnomyślicieli” – ludzi nawiązujących przede wszystkim do antycznego sceptycyzmu, nie biorących za pewnik chrześcijańskiej wizji świata, dosłownie pozwalających sobie na pełną „wolność myśli”. Generalnie nic strasznego, większość z nas chętnie by takiego wczesnego libertyna wzięło na flaszkę. Natomiast Markiza de Sade już niekoniecznie.

Nie był to bowiem zbyt normalny człowiek…

Facet 27 lat spędził w pierdlu. W czasach gdy żył wybuchła Wielka Rewolucja Francuska i choć przez następne kilka lat sytuacja kilkukrotnie zmieniała się o 180 stopni a polityka stawała na głowie jedną z nielicznych rzeczy niezmiennych było to, że Markiz de Sade musi siedzieć w Sztumie xD

Te 27 lat spędzone na bagiecie to wystarczający powód by uznać, że z gościem było coś nie tak. Poza głoszeniem swoich, delikatnie mówiąc mocno pojebanych poglądów, odpowiadał między innymi za napaść na jedną z prostytutek i za zabicie (omyłkowe co prawda, gdyż przedawkował afrodyzjak) czterech kolejnych. Yeah, termin „sadyzm” pochodzi od jego nazwiska i to nieprzypadkowo.

Za samo spierdolenie umysłowe nie trafia się jednak na blogi poświęcone filozofii.

De Sade dużo czytał. Był arystokratą (wspomnę rzecz, mam nadzieję, oczywistą: „markiz” to tytuł szlachecki, a nie imię), a to w jakich warunkach spędzało się w tamtych czasach wyroki, w dużej mierze zależało od tego, co można było odpowiedzieć na pytanie „kim jest twój stary?”. Miał więc nasz ancymon w celi całkiem pokaźną bibliotekę pod ręką, co zaowocowało całkiem dobrą znajomością filozofii i Pisma Świętego.

De Sade miał największy problem z jedną osobą: Bogiem

Nie będzie raczej szokujące odkrycie, że wszyscy libertyni niezbyt ochoczo spoglądali na religię, upatrując w niej źródeł nieracjonalnych dogmatów, które zastępują człowiekowi rozum. W efekcie to właśnie religia i jej jedyne słuszne prawdy miałyby być źródłem zła wszelkiego. Dla libertynów moralność polegała więc na tym, by nie postępować zgodnie z tym co nakazują normy, a z tym, co nakazuje własne sumienie. A że sumienie normalnego człowieka raczej nie pozwala na mordowanie ludzi czy picie piwa z sokiem, to większość zbrodni była rozpatrywana czysto teoretycznie.

Oczywiście, z czasem coraz bardziej widać było wśród libertynów seksualne rozpasanie, ale ciągle miało ono czysto hedonistyczny charakter. Orgie organizowano z prozaicznego powodu: dla przyjemności. Jednak najbardziej radykalni libertyni poszukiwali w nich czegoś innego:

Wolności

Dla ludzi takich jak de Sade nie wystarczyło poddanie wszystkich norm obyczajowych i społecznych w wątpliwość i uznanie, że mają one charakter względny. De Sade uważał, że człowiek MUSI te normy złamać. Wolność może być wyłącznie absolutna i nieograniczona, a droga do niej prowadzi wyłącznie przez transgresję, czyli wyjście poza granice norm moralnych i społecznych. Stąd prosta była droga również do instrumentalnego traktowania drugiego człowieka – wszak zbrodnie dokonywane w „120 dniach Sodomy” maja charakter nie tylko najbardziej brutalny, ale przede wszystkim upokarzający.

To zresztą zabawne, bo koncepcja de Sade jest klasycznym samozaoraniem – nakaz łamania wszystkich zasad sam w sobie też jest przecież zasadą xD Biorąc to pod uwagę, jak i to, ile i za co siedział w Sztumie trudno raczej uznać, że poglądy de Sade są logiczną konsekwencją pierwotnego, wolnomyślicielskiego libertynizmu, a raczej ich wypaczeniem.

A jako ciekawostkę podam, że działa w Polsce Towarzystwo im. Markiza de Sade, na stronce którego znajdziemy sporo o nim tekstów.

Spodobało się? Polub mój profil na Facebooku!