„Twój Vincent”: co trzeba wiedzieć o van Goghu, nim pójdzie się na film

Polsko-brytyjska animacja, w całości stworzona z 65 tysięcy obrazów olejnych to jeden z tegorocznych kandydatów do Oskara. Ale czym właściwie zapisał się w historii sztuki Vincent van Gogh?

Lata 80-te XIX wieku

W Europie epoka względnego spokoju. Czas płynął wolno w oparach opium i absyntu, a o takich pierdołach jak nałogi nikt jeszcze nie słyszał.

W tychże pięknych czasach do pełnej dojrzałości doszedł ruch impresjonistów, o którym już pisałem. W skrócie, byli to goście, którzy dostrzegli, iż świata nie odbieramy niczym studiowanego przez wiele godzin, muzealnego obrazu. Stanowi on dla nas swego rodzaju zespół ulotnych momentów, które postrzegamy ze wszystkimi wynikłymi z tego tytułu zniekształceniami. Nie tak, jak chcieliby dawni mistrzowie, którzy godzinami malowali liczne detale na swoich obrazach. W rzeczywistości, nikt by ich nie dostrzegł.

Jednak to tak naprawdę było za mało

Gdybyśmy mieli stanąć nad brzegiem rzeki i patrzeć na nią w czerwcowe, słoneczne popołudnie, to niezależnie kto w tym momencie z tego miejsca będzie się na tą rzekę patrzył – ciągle zobaczy to samo. Doświadczy tej samej impresji. Impresjoniści bowiem sprowadzili wszystko do próby uchwycenia tego, co oko spostrzega w danej chwili.

Van Gogh wiedział, że nie jest to wszystko takie proste

Mając lat 33, w roku 1886 poznał impresjonistów w Paryżu. Zrobili na nim, człowieku w sztuce niewykształconym, wrażenie. O ile wcześniej malował w brunatnych, ciemnych barwach, to teraz poszedł w kierunku jasnych kolorów. Ale ciągle coś było nie tak. Ten niedoszły misjonarz, wywalony za zbyt dosłowne branie Ewangelii nie odnajdywał się w malowaniu pikników nad Sekwaną.

O co chodzi?

Wyobraźmy sobie, że opisujemy szkolną wycieczkę (temat w sam raz dla impresjonisty!). Na tej wycieczce, pewien chłopak czule obchodzi się ze swoją drugą połówką. Obserwują to dwie osoby: Seba, który podkochuje się w owej dziewczynie i Mati, który ma to gdzieś i myślami jest już przy najbliższym meczu Ekstraklasy. Widzieli to samo. Mieli takie same oczy.

Ale gdyby jeden i drugi miał to opisać koledze, czy pisaliby tak samo?

Śmiem twierdzić, że podczas pisania klawiatura Seby ze złości wyleciałaby za okno, podczas gdy Mati przyspieszałby jedynie w chwili, gdy rozmówca nawiązuje do ostatniego meczu Legii z Koroną.

Van Gogh doskonale wiedział, że każdy z nas inaczej postrzega rzeczywistość, nie tylko ze względu na cechy naszych zmysłów, ale przede wszystkim – ze względu na naszą psychikę. Dla Van Gogha pędzel chodził nie według jakichś określonych prawideł, zgodnych z tą czy inną szkołą malarską, ale tak jak klawiatura u Seby – miał oddać aktualny nastrój artysty.

Jeżeli przyjrzymy się jego największym dziełom, które malował w ostatnich trzech latach życia we francuskim Arles, gdzie szukał najczystszych barw, próżno szukać jakiegokolwiek naturalizmu. W jego najsłynniejszym dziele, „Gwieździstej Nocy” (pic rel) cyprys nie wygląda jak cyprys, gwiazdy jak gwiazdy, a wieża kościoła jest za wielka.

Ale kogo to obchodzi!

Van Gogh podziwiał nie tylko impresjonistów, ale również artystów japońskich, którzy zalali wówczas Europę. Japończyków nie interesowało cieniowanie, nie interesowały właściwe reguły perspektywy. Te obrazki wyglądały jak dziecięca kolorowanka, podzielona na pola, każde wypełnione innym kolorem. Japończycy zrezygnowali z realizmu na rzecz jasności przekazu.

Van Gogh to wykorzystał

Kolor nie był dla niego ani, jak u dawnych twórców, elementem obiektywnie istniejącym, ani kwestią spostrzeżenia, jak u impresjonistów. Był sposobem wyrażenia swoich własnych emocji. Łóżko, które klasyk namalowałby na brązowo, impresjonista, pod wpływem chwili na żółto, on mógł namalować na czerwono. Czemu nie?

Gdy van Gogh umierał, miał 37 lat a na swoim koncie dekadę kariery malarza i jeden sprzedany za życia obraz

Całe życie był utrzymywał go brat, co zresztą powodowało u niego potężne wyrzuty sumienia. Był dziwakiem, ale przecież nie pierwszym. Michał Anioł był moim zdaniem zdecydowanie gorszy „do życia z ludźmi” (nawet van Goghowi nie przyszło do głowy napisać do papieża, że jak chce z nim rozmawiać, to niech sam do niego przyjedzie…).

Ale to van Gogh jako pierwszy wprost wyraził swoją osobowość w swoich dziełach. Nie dlatego, że jego dzieła przedstawiają emocjonujące tematy (takich była wcześniej masa), lecz dlatego, że zwykłe tematy przedstawił w emocjonujący sposób.

Bibliografia:
E. Gombrich – O sztuce
„Sztuka świata” t. 9, praca zbiorowa, wydawnictwo Arkady

Podobało się? Polub mój blog na Facebooku 🙂