Umberto Eco i „dzieło otwarte”

Jak wie każdy były maturzysta, chujowy wynik matury z polaka można usprawiedliwić przed mamełe anegdotą, jakoby to sama Wisława Szymborska pisząc wypracowanie na temat własnego wiersza miała polec w starciu z kluczem maturalnym.

Oczywiście, historyjka o pani Wisławie jest równie prawdziwa, jak rozdajo nowego MacBooka zorganizowane przez zielonkę z godzinnym stażem. Pokazuje jednak popularne myślenie, że w interpretacji wiersza, obrazu czy jakiegoś innego dzieła sztuki trzeba znaleźć „to co autor miał na myśli”.

Taką koncepcję Umberto Eco, wybitny włoski humanista, nazwałby dziełem zamkniętym. Autor pisze więc wiersz, w którym chce coś przekazać, zadaniem czytelnika jest ten sens odnaleźć. Logiczne jest więc, że autor powinien wiedzieć najlepiej co ma do powiedzenia.

Jednak zdaniem Umberto Eco takie podejście nie jest do końca słuszne. W 1962 roku zaproponował on inną teorię – dzieła otwartego.

Zdaniem Eco, czytelnik czytając wiersz dokonuje własnej interpretacji i może ona mocno różnić się od zamiarów jego autora. W ten sposób dzieło jest otwarte, a interpretacja dokonana przez czytelnika na swój sposób je dokańcza. Oczywiście oznacza to też, że dzieła sztuki są mocno wieloznaczne. Krótko mówiąc, Wisława Szymborska mogła hipotetycznie w swoim wierszu widzieć coś zupełnie innego niż autor klucza maturalnego.

Trzeba przyznać, że ta na pierwszy rzut oka nietypowa koncepcja może mieć całkiem sporo sensu.

Sporo dzieł sztuki dotarło do nas w mocno zmienionej formie. Przykładem niech będą starożytne, greckie świątynie, które dziś imponują surową, ascetyczną bielą. Tymczasem jednak w zamierzeniu ich autorów były kolorowe jak strona główna Wykopu oglądana bez AdBlock. Po prostu, ówczesne farby były równie mocne jak serwery Strimi, przez co całkowicie do naszych czasów wyblakły.

To samo można powiedzieć o okolicznościach, w jakich zapoznajemy się z dziełem sztuki. Rzeźby czy obrazy w dawnych czasach nie były projektowane pod kątem dobrze oświetlonego muzeum. Autorzy projektując je np. jako elementy wystroju kościoła patrzyli na nie zupełnie innym okiem.

Najważniejsze jest jednak to, że autor wcale nie musi wiedzieć, co napisał. Kiedyś słyszałem anegdotę (zapewne równie prawdziwą jak ta o maturze Szymborskiej), że jeden z krytyków literackich pogratulował poecie Robertowi Frostowi świetnej frazy, która miała oznaczać coś równie głębokiego jak polska dziura budżetowa. Frost mocno się tym zdziwił, i odparł, że napisał tak, bo dla niego to po prostu ładnie brzmiało.

Czy więc krytyk popłynął? Niekoniecznie. Frost mógł użyć danego wyrazu intuicyjnie. Może na bardziej brutalnym przykładzie:

Sebiks pisze swojej Karynie

Przy tobie gwiazdy to chuj

Dlaczego zdobył się na użycie słowa „gwiazdy” a nie „ocean”, „kibel” czy „BMW E46”? Seba zapewne nie będzie umiał odpowiedzieć, że gwieździste niebo jest w naszej kulturze uważane za coś wysoce pięknego, a tym samym pisząc „Przy tobie gwiazdy to chuj” chce powiedzieć, że jego wybranka jest nadzwyczajnie piękna i powinna mu użyczyć swojego pieroga.

Twórcy, nawet ci wybitni, wcale nie muszą zdawać sobie sprawy z absolutnie każdego elementu swoich utworów. Można podejrzewać, że Jerzy Pilch, filolog z wykształcenia, ma w tym zakresie sporą świadomość, natomiast inny wybitny pijak polskiej kultury, Jan Himilsbach (prosty kamieniarz) po prostu pisał „co uważał za słuszne”.

No i w końcu, twórca celowo może czynić swój utwór wieloznacznym. Julio Cortázar napisał swoją powieść „Gra w klasy” w 155 rozdziałach, które można czytać w najróżniejszej kolejności i będą one miały za każdym razem inny sens.

Ale zostawmy Cortázara, mamy lepszy przykład, który ukazuje jak bardzo dzieło może nabierać różnych interpretacji. Poniższy wiersz ukazał się w 1940 roku w okupowanym przez Sowietów Lwowie. Na pierwszy rzut oka jest to jawne lizodupstwo wobec Stalina, lecz jeżeli przeczyta się go nie od góry do dołu, ale od lewej do prawej, to otrzymamy zupełnie inne znaczenie.

Ciekawostka