
Nauki humanistyczne, w przeciwieństwie do ścisłych, uchodzą za teren pełnego relatywizmu, gdzie twierdzić można dosłownie wszystko. Czy aby na pewno tak jest?
Prosty przykład: dym tytoniowy ma wpływ na wzrost komórek nowotworowych vs recenzja jakiegoś obrazu.
W pierwszym wypadku wydaje się to jasne. Nic (pozornie) nie polega tu na czyimś widzimisię, lecz na wynikach empirycznych eksperymentów, opisywanych przy użyciu obiektywnych kryteriów ilościowych. Gdy ktoś się nie zgadza, po prostu prowadzimy go do laboratorium i pokazujemy, żeby sam zobaczył.
Krytyka obrazu zaś wydaje się być czynnością czysto subiektywną. Zwłaszcza współczesna sztuka obrosła znaczną ilością anegdot i memów, które wskazują, że można zrobić byle gówno (dosłownie!), po czym wziąć za to niezłą kasę i sławę jako twórca wielkiego dzieła.
Wbrew pozorom krytycy humanistyki mają tu sporo racji. Usilne twierdzenia, że filozofia czy kulturoznawstwo niczym nie różnią się od fizyki, nie mają wielkiego sensu – a jeśli już, to raczej szkodzą, niż pomagają. Całe to porównanie bowiem zasadza się na szeregu milczących założeń.
Metoda nauk ścisłych nie jest jakimś „nieskażonym błędami” poznaniem ludzkim, lecz wynalazkiem jednej kultury (zachodnioeuropejskiej) – i to stosunkowo młodym, bo sięgającym początku czasów nowożytnych. Nie ulega jednak wątpliwości, że powstała dzięki osadzeniu w kontekście kulturowym sięgającym epoki starożytnej. Najważniejsze jest tutaj rozdzielenie podmiotu i przedmiotu. Metoda nauk ścisłych zakłada, że badacz (podmiot) niejako z dystansu ogląda przedmiot swoich badań. Nawet źródłosłów słowa „teoria” o tym świadczy – w antycznej grece oznaczał on naoczne spoglądanie z dystansu.
Mówiąc więc „Ziemia jest kulą”, ja jako podmiot wygłaszam sąd, który odnosi się do oddzielonego ode mnie przedmiotu, tj. Ziemi. Sąd ten niejako jest oderwany od reszty rzeczywistości. Jego sens i prawdziwość są niezależne od tego, gdzie i kiedy został wygłoszony – dwa tysiące lat temu na kontynencie australijskim miałby tyle samo racji co dzisiaj w Polsce.
Gdy jednak bliżej przyjrzymy się wygłaszanym sądom – także tym zawierającym teorie naukowe – zobaczymy, że nigdy nie istnieją one w oderwaniu od reszty rzeczywistości. Są one wypowiadane przez konkretne osoby, kierowane do innych konkretnych osób i dzieje się to w konkretnej epoce, w jakimś konkretnym celu. Przykładowo: przyjęcie teorii Kopernika było tak doniosłym wydarzeniem, ponieważ to, czy Ziemia jest centrum wszechświata, wokół którego kręci się reszta kosmosu, stanowiło fundament całego systemu religijno-ideologicznego.
Nauki humanistyczne są zdecydowanie bardziej zainteresowane właśnie tym kontekstem społeczno-kulturowym. Wilhelm Dilthey dokonał tutaj rozróżnienia: nauki ścisłe świat opisują, humaniści próbują go zrozumieć. Z punktu widzenia humanistów nie ma więc większego znaczenia, czy Ziemia jest płaska, czy okrągła. Dużo ciekawsze są takie pytania: jak wygląda społeczeństwo ludzi wierzących w Ziemię płaską, a jak takie, dla którego jest ona okrągła? Jakim kierują się systemem wartości i w jaki sposób zdobywają wiedzę? Komu i czemu ta wiedza służy? Co konkretnie musi w danej kulturze zaistnieć, żeby taka kwestia jak kształt Ziemi w ogóle stała się przedmiotem uwagi?
Takim dociekaniom można poddać praktycznie każde zjawisko – od faktów naturalnych, przez wszystkie instytucje społeczne, aż po język i… samą naukę, zarówno humanistyczną, jak i ścisłą. To ostatnie doprowadziło co prawda do nieco nazbyt antynaukowych postaw (nie mylić z pseudonaukowymi, które wyznaje np. towarzystwo antyszczepionkowe itd.), ale też pokazało, że sama metoda naukowa nie jest taką przezroczystą i neutralną metodą zdobywania wiedzy, jak się niektórym dzisiaj wydaje.
Pojawia się jednak pytanie, czy tego typu dociekania w ogóle mogą stać się przedmiotem akademickiej dyscypliny? Teorie fizyczne w założeniu mogą być przedmiotem eksperymentalnego obalenia. Dla odmiany weźmy książkę, której autor – znajdując w Poszukiwaniu straconego czasu (7 tomów) jedno czy dwa odniesienia do Iliady – dowodzi, że jest to podstawowy motyw słynnej powieści Prousta. Albo inną, utrzymującą, że kluczem do filozofii Hegla jest etymologia jego nazwiska. Jak wykazać, że to po prostu bzdury?
Cóż, wykazać, że to bzdury – w sensie takim, w jakim bzdurą są teorie o lekach homeopatycznych – nie możemy. Nie oznacza to jednak, że musimy się zgodzić na wszystko. Jeżeli dana interpretacja jest wewnętrznie sprzeczna i wyrzuca z kontekstu kulturowego wszystko, co nie pasuje do jej tezy, to jest to raczej nadinterpretacja. Wspomniane wyżej dwa absurdalne przykłady (nie wiem, na ile rzeczywiste, a na ile zasłyszane) można „obalić”, przywracając sens interpretacji zgodny z rzeczywistością polityczną, społeczną i ekonomiczną w czasach Prousta czy Hegla oraz wskazując dużo bardziej przekonujące (choć niekoniecznie przez autorów uświadomione) motywy takiego, a nie innego kształtu ich dzieł.
Nie zmienia to jednak faktu, że humanistyka, odcinając się od naiwnego relatywizmu, nie może dojść do wniosków jednoznacznych. Dane zjawisko nie ma nieskończonej liczby interpretacji, ale nie ma też jednej, mającej monopol na słuszność i prawdę. To istotna różnica na tle nauk ścisłych. Biolog, który znajdzie pięć różnych wyjaśnień, będzie szukał drogi, by cztery odrzucić. Humanista może jak najbardziej zaakceptować współistnienie wszystkich.
Ale to, że wyjaśnienie musi być jedno, przyjmujemy tu w sposób dorozumiany. Czy aby na pewno słusznie? A co, jeżeli jest to tylko kwestia naszej wygody, która po prostu woli jednoznaczne odpowiedzi? Cóż, na te pytania żadna nauka ścisła nie odpowie.
Jeśli ten tekst Cię zaciekawił, zapisz się do mojego newslettera – tam piszę więcej o ideologii, codzienności i filozofii bez zadęcia 😉
https://www.filozofiadlajanuszy.pl/newsletter/
A jeśli chcesz postawić mi kawę – możesz to zrobić tutaj:
https://buycoffee.to/filozofiadlajanuszy