Dzieci czy samorealizacja?

Nigdy nie chciałem poruszać tematu demografii i spadku dzietności, bo jest zbyt popularny i niestety najczęściej sprowadzany do mądrości wujka z wesela. Ostatnio jednak trafiłem na wypowiedź nie tyle trafną, co inspirującą do przemyśleń.

Chodziło w niej mniej więcej o to, że zdaniem autora dzietność spada, ponieważ ludzie zamiast rodzicielstwa wybierają samorealizację. Teza sama w sobie dość banalna, jednak pod kostiumem komunału kryje się coś, co już takie banalne nie jest: założenie, że posiadanie dzieci i samorealizacja stanowią alternatywę — i to rozłączną, a więc taką, w której jedno wyklucza drugie.

Czy założenie to jest słuszne? Oczywiście zależy to od tego, co przez nie rozumiemy. Przyjmijmy, że „posiadanie dzieci” jest pojęciem w miarę zrozumiałym, ale czym właściwie jest ta samorealizacja?

Pojęcie to, znane ze słynnej piramidy potrzeb Maslowa (gdzie zajmowało jej wierzchołek), bynajmniej nie jest nowe. Bardzo podobną koncepcję rozwinął w swojej filozofii Arystoteles. Samorealizacja polegała u niego na rozwijaniu własnego potencjału. Samorealizował się więc kasztan, wyrastając w dorosłe drzewo. W przypadku człowieka chodziło o realizację własnych talentów. Wątek ten przejął później Kościół — stąd księża, zapytani, dlaczego nie zdecydowali się na założenie rodzin, mają do dziś gotową odpowiedź: zostali powołani do innej funkcji.

Ciekawszy jest jednak moment, w którym do samorealizacji dojść nie może. Posłużę się tu bardziej konkretnym przykładem, a mianowicie filozofią Marksa. Zdaniem autora „Kapitału” człowiek realizuje się poprzez pracę, rozumianą jako twórcze przekształcanie przyrody. Dlaczego więc marksiści walczą o skrócenie czasu pracy? Ponieważ praca i praca zarobkowa mają się do siebie tak jak krzesło do krzesła elektrycznego. Przykładem może być artysta zmuszony do podjęcia kompletnie bezsensownej pracy w korporacji (odsyłam tu do książki „Bullshit Jobs”, gdzie czarno na białym pokazano, że neoliberalny kapitalizm nie ustępuje w produkowaniu bezsensownej i nieproduktywnej pracy sowieckiemu socjalizmowi), bo najzwyczajniej w świecie musi za coś kupić chleb.

Ten proces deprawacji pracy jest jednym z przejawów utowarowienia. Rzecz lub czynność staje się towarem bądź usługą w momencie, gdy jej rzeczywista istota — praktyczne zastosowanie, wartość moralna czy estetyczna — traci znaczenie na rzecz tego, ile pieniędzy można za nią uzyskać. Prowadzi to do sytuacji, w których „praca” patoinfluencera jest „warta” dziesiątki razy więcej niż praca ratownika medycznego, który zbiera go z chodnika po tym, jak na imprezie przesadził z używkami.

Oczywiście proces ten jest możliwy tylko wtedy, gdy całą gospodarkę postrzegamy nie jako system zaspokajania potrzeb, lecz jako maszynę do generowania zysków. Ale po co w ogóle dążyć do zysków? Zostawmy na chwilę Marksa i przejdźmy jeszcze dalej na lewo — do Georgesa Bataille’a.

Ten ekscentryczny myśliciel zauważył, że każdy organizm ma, co do zasady, więcej energii i czasu, niż potrzeba mu do biologicznego przetrwania, i musi coś z tą nadwyżką zrobić. Posiadanie potomstwa jest najbardziej oczywistym rozwiązaniem: energia i czas są wówczas zużywane na opiekę nad kimś, kto nie jest w stanie samodzielnie przetrwać.

Co jednak, jeśli spojrzymy na tę regułę z perspektywy całych społeczeństw? Według Bataille’a mamy tu trzy możliwości: po pierwsze — wojnę, po drugie — roztrwonienie nadwyżki w formach nieproduktywnych z punktu widzenia rachunku ekonomicznego (takich jak budowa kompletnie niepraktycznych, monumentalnych obiektów w rodzaju piramid czy składanie ofiar całopalnych), lub po trzecie — odłożenie jej na później.

Gospodarka kapitalistyczna wpisuje się oczywiście w ten ostatni schemat. Zysk nie jest w niej celem samym w sobie, lecz środkiem do powiększania kapitału. Upraszczając: produkujemy, żeby zarabiać, zarabiamy, żeby zwiększać moce produkcyjne i zarabiać jeszcze więcej — i tak w nieskończoność. Mechanizm ten ma jednak sens tylko wtedy, gdy znajdą się nie tylko pracownicy gotowi produkować, lecz także konsumenci skłonni te towary kupować. I tu na scenę wkracza konsumpcja.

Czym właściwie jest konsumpcja? W potocznym rozumieniu oznacza ona nabywanie i używanie różnych produktów. Na potrzeby tego tekstu będziemy jednak rozumieć ją przede wszystkim jako budowanie tożsamości wokół samego procesu nabywania i używania. Najbardziej oklepanym przykładem jest kupowanie ubrań czy zegarków określonych marek lub w określonym stylu. Kupując drogi zegarek, nie używamy go jako czasomierza, lecz komunikujemy zajęcie konkretnego miejsca w strukturze społecznej. Naturalnie proces ten przybiera znacznie bardziej subtelne, a czasem wręcz paradoksalne formy — na przykład amerykańscy oligarchowie z branży technologicznej chodzą w zwykłych ubraniach, mówiąc z jednej strony: „mam tak dużo pieniędzy, że nie muszę tego demonstrować”, a z drugiej: „mimo bogactwa wciąż jestem tym samym nerdem-programistą co kiedyś”.

Zjawisko to nie może być jednak statyczne. Jeżeli kupujemy modny, markowy produkt, przez krótką chwilę rzeczywiście pozycjonujemy się jako ludzie nowocześni i światowi. Kwestia czasu — i to bardzo krótkiego — gdy w te same trendy zaczyna wpisywać się coraz więcej osób. A jeżeli wszyscy zaczynają wyróżniać się w ten sam sposób, to przestają się wyróżniać w ogóle. Stąd potrzeba ciągłego wytwarzania nowych mód i nowych towarów, wokół których można budować tożsamość.

Jakie skutki wywołuje ten proces dla współczesnego człowieka? Wróćmy raz jeszcze do Marksa i jego tezy, że człowiek może się samorealizować tylko wtedy, gdy jest wolny od wyalienowanej pracy zarobkowej — pracy, w której musi robić coś, czego często nie rozumie albo z czym wręcz się nie zgadza. Gdyby na tym poprzestać, moglibyśmy uznać, że samorealizacja jest możliwa w czasie wolnym od pracy. Wpadamy jednak z deszczu pod rynnę. O ile marksowski robotnik w fabryce nie realizował swoich realnych talentów, lecz produkował towary przynoszące zysk, o tyle współczesny konsument nie zaspokaja swoich rzeczywistych potrzeb, lecz napędza tę samą produkcję — właśnie w celu generowania zysku.

Ta destrukcyjna logika nie omija również rodzicielstwa. Nie oznacza to, że nie jest ono w ogóle skolonizowane przez logikę konsumpcji i produkcji, lecz że kolonizacja ta pozostaje stosunkowo słaba. Współcześni bogacze, po latach wymiany zegarków na coraz to nowsze modele, dokonali bowiem przesunięcia na wyższy poziom: noszą zwykły, tani zegarek, budując swój status wokół tak zwanej „filantropii”. W przypadku rodzicielstwa proces ten okazuje się znacznie trudniejszy. O ile można wymieniać dziecku wózki i zabawki albo zapisywać je na coraz „modniejsze” zajęcia dodatkowe, o tyle sama relacja pozostaje niezbywalna. Dziecko — jakie by nie było — po prostu jest.

Problemem nie jest więc żadna wewnętrzna sprzeczność między rodzicielstwem a samorealizacją (w kolejnym tekście postaram się pokazać, że jedno może jak najbardziej wynikać z drugiego — tutaj tekst stałby się już zbyt długi), lecz fakt, że ta druga została skolonizowana przez patologiczny konsumpcjonizm. Ten z kolei wynika z tego, że współczesność nie oferuje już innych, atrakcyjnych form budowania tożsamości — takich, jakie dawniej skutecznie dostarczały religia i mit (a w mniejszym stopniu filozofia) — i w efekcie zmusza człowieka do konstruowania jej wokół logiki towaru.

Tekst się podobał? Zachęcam do wsparcia strony:
https://buycoffee.to/filozofiadlajanuszy

Komentarze