
Przykład automatycznych tłumaczeń na YouTube albo coraz to nowych „udogodnień” w aplikacji InPostu każe zadać pytanie: po co zmienia się na siłę rzeczy, które nikomu nie przeszkadzają?
Fani polskiej piłki z pewnością kojarzą stronę 90minut.pl. Jest ona jednak charakterystyczna nie tylko dlatego, że stanowi gigantyczną bazę danych i pozwala znaleźć wynik meczu okręgówki sprzed 15 lat. Przede wszystkim robi wrażenie to, jak wygląda. A wygląda dokładnie tak, jak wyglądały strony internetowe 20 lat temu. Czy to coś złego? Wręcz przeciwnie – czytałem wiele pochwał za przejrzystość i małą zasobożerność.
Jest to jednak wyjątek od reguły. Większość stron internetowych, zwłaszcza tych największych, regularnie się zmienia. Co ciekawe, rzadko kiedy zmiany te są chwalone przez użytkowników. Ostatnio wprowadzone automatyczne tłumaczenia (zresztą tragicznej jakości) na YouTube są tego przykładem.
Dotyczy to zresztą także innych produktów. Moim ulubionym z ostatnich miesięcy jest aplikacja InPost – pierwotnie służąca do odbioru paczek, obecnie sukcesywnie przerabiana na „kombajn”, gdzie znalezienie pierwotnej funkcji jest coraz trudniejsze.
Naturalnie, można szukać prozaicznych wyjaśnień tych zjawisk.
Jeżeli producent ciastek zmienia masło na olej palmowy, to jest to oczywiste cięcie kosztów. Tak samo jak rozbudowanie aplikacji pozwala wprowadzić tam nowe, dodatkowo płatne funkcje, bez których staje się ona całkowicie bezużyteczna (znają to fani niektórych gier, które w praktyce są niemożliwe do ukończenia bez dokupienia opcji premium).
Jednak to proste wyjaśnienie nie zawsze jest wystarczające, a po drugie – nawet jeśli jest, to nie wyklucza przyczyn bardziej systemowych.
Pierwsze, co się nasuwa, to naturalnie problem kreowania nowych potrzeb. Jak to mówią – gdyby w XIX wieku zapytać kogoś, czego potrzebuje, to nikt nie wskazałby na samochód, choć sporo osób chciałoby szybszego konia. Często więc bywa tak, że najpierw pojawia się na rynku towar, a dopiero później ludzie dowiadują się, że byli bez niego strasznie nieszczęśliwi.
Zostawię jednak dzisiaj tę kwestię na boku, bo – po pierwsze – wymagałaby dłuższego rozwinięcia, a po drugie – nie zawsze wydaje się mieć zastosowanie do problemu, o którym dzisiaj mówimy. Bo, na przykład, jakim kreowaniem potrzeb jest dodawanie możliwości podpięcia karty pod aplikację jakiejś sieci, gdy obecnie każdy telefon ma opcję podpięcia karty pod uniwersalny portfel, którym można płacić wszędzie?
Tego typu rozwiązania wydają się być czystą innowacją – robieniem dla samego robienia. I temu się właśnie przyjrzyjmy.
Kiedy przyjrzymy się naszym zachowaniom, to ogromna ich ilość jest wykonywana niejako automatycznie. Biorę towar z półki i idę do kasy. Dochodzę do pasów i zatrzymuję się przed jezdnią. Wstaję, gdy na salę rozpraw wchodzi sąd. Za każdym razem, wykonując taką czynność, nie przeprowadzam operacji myślowej: „O, jezdnia! Muszę się tu zatrzymać i zobaczyć, czy nic nie jedzie!”. Po prostu – automatycznie się zatrzymuję.
Bliższa analiza tych sytuacji wskazuje na dwie rzeczy. Po pierwsze – że są one wytworem kultury, a nie obiektywnych praw przyrody. O ile takie zachowanie jest naturalne w naszej kulturze, można sobie wyobrazić kulturę inną, gdzie budziłoby zdumienie.
Po drugie – zachowując się w ten sposób, dokonujemy afirmacji pewnych przekonań.
Celowo wziąłem przykład z sali sądowej. Mamy obecnie spór o status tzw. neosędziów. Zostawmy na boku kwestie prawne i popatrzmy. Wchodzi na salę „neosędzia”. Wszyscy wstają (włącznie z prokuratorem). Jego orzeczenia są wykonywane, a na konto dostaje sędziowską wypłatę. Czy to jest sędzia, czy nie jest?
Legaliści mieliby tu jakieś „ale”, jednak dla francuskiego filozofa Louisa Althussera sam formalny stan prawny nie jest istotny – istotne jest realne, społeczne funkcjonowanie. I z tej perspektywy osoba traktowana jako sędzia jest sędzią „naprawdę”.
Można zresztą ten spór rozdmuchać do absurdalnych rozmiarów. Istnieje garstka ludzi (w tym kontrowersyjny polski europoseł), którzy uważają, iż Wielka Brytania od ponad 300 lat ma przebierańców za królów (a co za tym idzie – także premierów). Czy to oznacza, że Karol III nie jest królem? Cóż – jeżeli wszyscy (czy prawie wszyscy) traktują go jak króla, to królem jest.
Podobnie jest w innych przypadkach. W sytuacjach anarchii i rozpadu państwa widzimy, jak nawet najbardziej oczywiste instytucje społeczne potrafią się załamać. Żaden aparat przymusu nie jest w stanie wyegzekwować prawa, które wszyscy solidarnie odrzucają. Zwłaszcza że „wszyscy” to także funkcjonariusze tego aparatu – często w takich sytuacjach bez walki zrzucający mundury.
Nasze działania niosą więc ze sobą cały szereg komunikatów. Wstając na sali sądowej na widok gościa w todze, niejako mówię: „Uważam tego człowieka za sędziego!”. Dla Althussera to zjawisko było niczym innym jak ideologią. Kiedy mówimy o ideologii w potocznym sensie, najczęściej:
- mówimy o zjawisku negatywnym,
- mówimy o zestawie przekonań,
- i to takich, które są fałszywe.
Dla Althussera ideologia była wszechobecna. Nie wierzył też (jak np. Marks), że może powstać społeczeństwo od niej wolne. Trudno więc powiedzieć, żeby oceniał ją jednoznacznie negatywnie. Przede wszystkim jednak uważał, że jej głównym nośnikiem nie są jakieś tam hasła czy wypowiedzi, ale nasze działania.
Uzbrojeni w tę wiedzę, łatwo możemy teraz zrozumieć, skąd parcie na innowacje dla samych innowacji.
Żyjemy w kulturze, która postęp i rozwój wysoce sobie ceni. Uznanie, że zawsze może być lepiej, to coś równie oczywistego jak prawa matematyki. Przymiotniki takie jak „aktualny”, „nieaktualny” itp. nie są neutralne, lecz niosą za sobą wartościujące konotacje. Gdyby ktoś powiedział, że zrobił coś niewymagającego żadnych zmian w przyszłości, to uznalibyśmy go za aroganckiego bubka.
Ale przecież to właśnie mówimy, kiedy decydujemy się nic nie zmieniać! Ewentualnie – że nie wiemy, co zmienić, albo nie potrafimy tego zrobić. Albo że już nas ten projekt nie obchodzi. Wszystkie te wyjaśnienia nie brzmią dobrze.
Naturalnie, nic z tego procesu nie zachodzi świadomie. Tu bardziej niż Althusser przyda nam się Michel Foucault. Według niego istotą władzy nie jest jakiś policjant z twardym kijem (bo takiego często w ogóle nie ma), ale samodyscyplina – nieświadome przyjęcie pewnych reguł zachowania jako oczywistych i pilnowanie się, by ich przestrzegać.
Zapewne takie wyjaśnienie wielu osobom wydaje się dziwne. Ale spójrzmy na to inaczej: o ile taki kamień po prostu sobie „istnieje”, to ludzie każdą sekundę swojego życia muszą czymś wypełnić (działaniem, myśleniem itp.). Tymczasem, gdy pomyślimy np. o wczorajszym dniu, potrafimy sobie przypomnieć tylko pojedyncze momenty, których byliśmy świadomi. Pomiędzy nimi „coś” kierowało naszym życiem. Czyż nie jest ciekawe, jak działa automatyczny pilot, skoro to on prowadzi przez większość czasu?
Jeśli ten tekst Cię zaciekawił, zapisz się do mojego newslettera – tam piszę więcej o ideologii, codzienności i filozofii bez zadęcia 😉
https://www.filozofiadlajanuszy.pl/newsletter/
A jeśli chcesz postawić mi kawę – możesz to zrobić tutaj:
https://buycoffee.to/filozofiadlajanuszy