Afera Sokala: przeciwko modnym bzdurom

Nieco ponad 20 lat temu fizyk Alan Sokal zastanawiał się, czy poważne pismo naukowe opublikuje totalnie bezsensowny artykuł, który spełnia dwa warunki: mądrze brzmi i reprezentuje linię poglądów redakcji. Odpowiedź brzmi: tak, opublikuje.

Alan Sokal był fizykiem i poza umiłowaniem do nauki miał również ewidentnie smykałkę do śmieszkowania

Od lat 60-tych coraz większą popularnością cieszył się dosyć specyficzny nurt filozofii – postmodernizm. Sokal zwrócił uwagę na trzy rzeczy, którymi charakteryzowali się jego zwolennicy. Po pierwsze, nawet w naukach ścisłych widzieli jedynie względne konstrukty, powstałe w wyniku historycznych uwarunkowań społecznych i językowych (przykładowo: teoria względności Einsteina to wyraz opresyjnego, białego szowinizmu. Czy coś w tym stylu…). Po drugie, nie mieli o tych naukach zielonego pojęcia. I po trzecie, co w oczy rzucało się najbardziej: swoje bzdurne teorie głosili z niebywałym zadęciem, totalnie nie przystającym do ich poziomu wiedzy.

W 1994 roku wyszła pierwsza książka sygnalizująca ten problem

Praca „Higher Superstition: The Academic Left and its Quarels with Science” Grossa i Levitta (biolog i matematyk) rzeczowo omówiła dlaczego absurdem jest przenoszenie pomysłów krytyków literackich, kulturoznawców bądź psychologów na grunt nauk ścisłych i stawiała diagnozę: uczelnie zdominowane przez postmodernistów zamiast szerzyć wiedzę stawały się paradoksalnie największym siedliskiem ciemnoty.

W odpowiedzi postmoderniści, na łamach własnych pism podjęli szeroką polemikę. Polemikę, która była oczywiście jeszcze bardziej naładowana trudnymi wyrazami, zapożyczeniami z terminologii nauk ścisłych i – naturalnie – odniesieniami do najważniejszych guru postmodernistów. No i przede wszystkim była kompletnie pozbawiona sensu, a przekonać mogła jedynie polegając na starej erystycznej sztuczce: jak będziesz brzmiał wystarczająco mądrze, to ludzie pomyślą, że oni są głupi, a to ty masz rację.

Ale Alan Sokal, wykształcony fizyk, doskonale wiedział ile są warte wynurzenia postmodernistów

W 1996 roku napisał do kwartalnika „Social Text” wydawanego przez Uniwersytet Duke’a pozbawiony kompletnie sensu tekst o tytule „Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji”.

Mądrze brzmi? No właśnie – tyle wystarczyło, by redakcja łyknęła niezbyt wysublimowaną zarzutkę…

Sokal poza parodiowaniem rzeczywistych fragmentów postmodernistycznych esejów łechcze masowo ich ego, licznie cytując a wsadza w to wszystko masę kwiatków takich jak choćby to, że wartość liczby pi jest osadzona w historycznych zależnościach… Ostatecznie kończy Sokal swój esej wywodem, według którego należy oczyścić naukę z elementów autorytarnych (czytaj: „tradycyjnej” metodologii naukowej), a dopuścić krytykę feministyczną, ekologiczną czy ze strony mniejszości seksualnych. Nawet matematyka nie jest wyjątkiem, gdyż „ani matematyka ani logika nie może uniknąć skażenia czynnikami społecznymi, które to skażenie ma w obecnej kulturze charakter patriarchalny, kapitalistyczny i militarystyczny” zaś sama matematyka „jest przedstawiana jako kobieta, która pragnie podboju przez Innego”. Sokal robił sobie jaja, ale warto zauważyć, że fragmenty które przytoczyłem podpiera stosownymi przypisami. KTOŚ TO PISAŁ NA SERIO!

Artykuł jak pisałem się ukazał, Sokal czekał na reakcję.

Spodziewał się, że to jakaś pomyłka, ktoś w redakcji się walnął, ale na litość, spośród setek czytelników chociaż jeden musiał zauważyć, że więcej sensu ma instrukcja od żelazka. I co? I nic. Sam autor musiał napisać sprostowanie, oczywiście w innym periodyku. Sprawą zainteresowały się media takie jak „New York Times” czy „Le Monde” a postmoderniści musieli stanąć do debaty. Tym razem takiej na poważnie.

Nie no, żartowałem. Większość „argumentów” to po prostu typowy ból dupy

I tak został Sokal agentem amerykańskiego imperializmu, szukającym ujścia frustracji fizykiem oderwanym od pieniędzy po zakończeniu zimnej wojny, chorym psychicznie, frankofobem (Francja to kolebka tych „myślicieli”), a poza tym, to nie jest humanistą, nic z postmodernistycznych mądrości nie zrozumiał, a błędne odniesienia do nauk ścisłych to tylko metafory. Cóż, sami się prosili o kolejnego kopa. Dostali.

Dwa lata po swojej słynnej prowokacji Sokal wraz z belgijskim fizykiem Jeanem Bricmontem wydali książkę „Modne bzdury”.

Poruszają tam dwie kwestie. Po pierwsze wzięli na warsztat kilku popularnych postmodernistów, punktując po kolei błędy jakie popełniają w swoich tekstach. Oraz, naturalnie, niemający uzasadnienia, zawiły styl. Autorzy (profesorowie fizyki!) zauważają, że postmoderniści (humaniści!) często sięgają po wzory i zagadnienia, które nawet ścisłowcom na wyższym poziomie wtajemniczenia sprawiają problemy i które są w naukach ścisłych wykorzystywane stosunkowo rzadko…

Uprzedzając zarzut, że „to tylko metafora” pytają retorycznie – co to za metafora, która zamiast rozjaśniać, czyni tekst jeszcze trudniejszym w odbiorze?

Druga kwestia ma bardziej merytoryczny charakter. Autorzy biorą na warsztat naukowy relatywizm, czyli przekonanie, że wszystkie rezultaty prac naukowców są jedynie opinią, jedną z wielu. Sokal i Bricmont wskazują, że naukom ścisłym takie stanowisko raczej nie zaszkodzi, bo przykładowo żaden poważny lekarz, nie powie, że to czy papierosy zwiększają ryzyko raka zależy od tego czy pali się je w kraju, gdzie prawa kobiet są przestrzegane, czy nie. Ale już humaniści potrafili dojść całkiem na serio do wniosku, że naukowa teoria, iż ludzie do Ameryki przybyli dawno temu przez Cieśninę Beringa ma TAKĄ SAMĄ wartość jak indiańska legenda, że pojawili się po opuszczeniu świata duchów. Wniosek? To nie może się skończyć dobrze.

Wydarzenia, o których mowa, stanowiły poważny cios w postmodernistów

Nie można powiedzieć, że ostateczny, jednak tym co Sokal z pewnością osiągnął jest powiedzenie sobie jasno, że król jest nagi. Sokal opisuje kilka przypadków, gdy ludzie nie bardzo rozumieli wypociny „wybitnych” postmodernistów, jednak widząc kult, jakim były otaczane, dochodzili do wniosku, że to ich wiedza jest po prostu zbyt mała by ten słowotok zrozumieć…

I na koniec warto sobie powiedzieć, że Sokal jasno zaznaczył, jakich wniosków nie należy z jego pracy wyciągać, gdyż są po prostu nieuprawnione

Po pierwsze nie jest tak, że skompromitował nauki humanistyczne – a jedynie kilku ich przedstawicieli. Po drugie nie jest też tak, że dowiódł całkowitej niesłuszności poglądów postmodernistów. Sam zaznacza, że z wieloma, wyrażonymi w bardziej umiarkowanej i jasnej formie się zgadza. I w końcu, że nie bardzo należy go łączyć z konserwatystami, gdyż… jest lewicowcem „starej daty” i po prostu nie bardzo wie, jak ezoteryczne wymysły postmodernistów miałyby przyczynić się do powstania sprawiedliwego społeczeństwa.

W przeciwieństwie do rozwoju nauki.

Bibliografia:
A. Sokal – A Physicist Experiments With Cultural Studies
A. Sokal, J. Bricmont – Modne bzdury

Podobało się? Polub mój blog na Facebooku!