Czy zabiłbyś małego Adolfa Hitlera?

Kilka lat temu największe gazety USA masowo zadawały to pytanie. Padało nawet wobec kandydatów na urząd Prezydenta. Ale czy aby na pewno ma ono sens?

W niedzielę wieczorem miliony ludzi w Europie wpadły w ekstazę. Kolejne miliony zalały się płaczem. Obie reakcje wywołały te same suche fakty: takie a nie inne wyniki głosowania w wyborach. Jak to się dzieje, że suchy fakt potrafi wywołać tak skrajnie odmienne reakcje?

Co więcej: smutek i radość to tylko kawałek

Niezliczona liczba komentatorów i mniej lub bardziej kompetentnych znawców już zdążyła napisać na ten temat ścianę tekstu. I co ciekawe, to „co się stało” jest tam najmniej ważne! Czasami tej informacji nawet nie ma, bo autor wyszedł z założenia, że to „co się stało” interesujące dla czytelnika nie jest, bo on to wie. Bo co się stało? A no to, że taka czy siaka partia dostała tyle-a-tyle głosów w wyborach. Ale to jest informacja typu „no shit, Sherlock!” nikogo to nie interesuje. Ważne jest nie „co się stało” (bo to każdy wie) tylko JAK TO ROZUMIEĆ.

Te badanie różnicy pomiędzy opisem jakiegoś faktu a jego zrozumieniem jest we współczesnej filozofii bardzo ważne

Nie chodzi tu bynajmniej o zrozumienie w sensie wyjaśnienia przyczyn. Weźmy przykład: katastrofa lotnicza. Odpowiedź na „co?” (samolot walnął o glebę) mamy od razu na Facebooku i za godzinę w telewizji. Wyjaśnienie przyczyn (np. z powodu awarii silników) dostaniemy za parę miesięcy od fachowców. To jest ta działka, którą uprawiają naukowcy – tłumaczą świat, opisują jak jakiś proces zaszedł w świetle praw przyrody. Ale „wyjaśnić coś” to jeszcze nie oznacza „coś zrozumieć”. Zrozumienie wykracza poza naukę, tak przynajmniej twierdzą hermeneutycy.

Hermeneutyka sięga już starożytności i pojawia się w jednej z części „Organonu”, książki Arystotelesa poświęconej logice

W tej formie przetrwała do średniowiecza i była bardzo wtedy popularna jako sztuka badania Pisma Świętego. Już wtedy widziano, że zrozumienie tekstu to nie jest wcale taka prosta sprawa. Wówczas wierzono jeszcze, że chodzi tylko o interpretację Biblii, a teksty świeckie nie wymagały specjalnego traktowania. Ale to oczywisty błąd, bo weźmy na przykład konstytucję USA – jak z dwóch kartek zapisanych przez zamorskich plantatorów ponad 200 lat temu wyczytać co nam one mówią np. o aborcji? W następnych stuleciach kolejni filozofowie dostrzegli także i te problemy.

Jednak to był tylko przedsmak do teorii rozumienia, którą przedstawił Martin Heidegger, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku

Podstawą myśli Heideggera była konstrukcja „Dasein”. Biorąc teorię poznania „na chłopski rozum” wydaje nam się że jesteśmy my (podmiot poznający) – i świat (przedmiot, który jest poznawany). Można powiedzieć, że siedzimy sobie w takim naszym małym kinie w głowie i obserwujemy co jest na zewnątrz absolutnie wierząc w to, że my i tamto co oglądamy to dwie zupełnie inne sprawy. Ale zdaniem Heideggera to koncepcja bez sensu, bo o jakimś wyjętym ze wszystkich kontekstów „ja” nic się nie da powiedzieć. Dasein to jest właśnie to bycie jako proces, jako kontakt ze światem. Człowiek nie poznaje świata – człowiek jest poznawaniem świata, rozdzielenie tych dwóch procesów jest kompletnie bezwartościowe.

No bo co to znaczy „ja jestem”?

Jeżeli próbujemy odpowiedzieć na to pytanie, to zawsze pojawia się jakieś odniesienie do zewnątrz. To wszystko co już wiem, co przeżyłem pozwala mi zająć jakąkolwiek postawę wobec istniejącego świata. Wróćmy może do przykładu z wyborów: jakie stanowisko wobec wyniku wyborów może zająć wyjęty z puszczy tropikalnej, żyjący pierwotnie Indianin? Żadne! Chodzą jakieś dziwaki, wrzucają do pudełka jakieś kartki z krzyżykami… Jego „Ja” nie jest wyposażone w elementy które pozwolą mu zrozumieć samą istotę wyborów, to dla niego czarna magia jak dla nas ichnie czczenie kija w ziemi czy innego bożka.

Heidegger uważał więc, że człowieka odróżnia od innych bytów to właśnie, że jego wcześniejsza tożsamość determinuje to kim jest obecnie

Brzmi – jak to zwykle w filozofii bywa – jak rasowy banał, ale pomyślmy o tym: jak często słyszymy dyskusję o tym „co by było gdyby”? Otóż gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. Weźmy nasz tytułowy przykład. Pytanie o to „czy zabiłbyś chłopca na zdjęciu” nie jest tym samym co pytanie „czy zabiłbyś chłopca na zdjęciu wiedząc, że jest to Adolf Hitler”. Ta wiedza kompletnie wywraca sens pytania i sprawia, że sytuacja jest hipotetyczna i nierozwiązywalna. W praktyce bowiem nigdy nie będziemy wiedzieli (pomijam tu wszystkie inne aspekty etyczne) czy małe dziecko w przyszłości zostanie zbrodniarzem wojennym. Pod koniec XIX wieku, gdy Hitler naprawdę był małym chłopcem nikomu normalnemu nie przyszłoby do głowy go zabić.

Może jeszcze inaczej: weźmy dowolną książkę, np. podręcznik z filozofii

Jak bardzo prosto by nie był napisany, to nie zrozumiemy z niego wszystkiego rzuceni na głęboką wodę. Wyobraźmy sobie, że mamy pewnego studenta i mamy podręcznik filozofii. Ów student się filozofią zafascynował, zaczął czytać więcej, i więcej, i więcej… i po latach przypadkowo znowu odkrywa swój pierwszy podręcznik. Jak myślicie: czy to będzie identyczna lektura jak ta odbyta lata wcześniej?

Oczywiście, że nie.

Hermeneutyka zakłada, że im więcej rozumiesz tym… więcej zrozumieć będziesz mógł w przyszłości. Każdy profesor zaczynał zdobywanie wiedzy w swojej dziedzinie od lektury jakiejś książki. Ale jeżeli wróci do niej po latach będzie to dla niego zupełnie inna lektura niż dla studenta pierwszego roku. Wiedza, którą zdobył między tymi lekturami pomoże mu spojrzeć na książkę zdecydowanie innym okiem: być może skrytykuje ją, wykaże braki, stwierdzi, że książka pomija pewne istotne aspekty tematu. Student takich aspektów nie dostrzeże.

Jeżeli Ci się podobało:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *