Brzytwa Ockhama i heurystyka dostępności, czyli w czym wielkie media są lepsze od mojego bloga

9 maja 2006 roku jedna z największych gazet kanadyjskich „National Post” podała informację, że irański parlament uchwalił nowe prawo dotyczące strojów mniejszości religijnych. Według tego szokującego prawa chrześcijanie, żydzi i zaratusztrianie nosić mieli opaski na ramieniu, których nie musiała nosić muzułmańska większość.

News został podchwycony przez największe agencje prasowe, a za nimi – wszystkie światowe media. Wywołał nawet reakcje premiera Kanady i Australii oraz pisma jakichś tam ważniaków do jeszcze większych ważniaków.

Problem polega na tym, że cała ta historia okazała się wręcz wzorcowym fake newsem, od początku do końca nieprawdziwym wymysłem.

Wbrew pozorom mniejszości religijne w Iranie mają zagwarantowany pewien pakiet praw i generalnie, o ile są lojalni wobec tamtejszego reżymu, to, jak na ten rejon świata, nie jest im wcale tak źle. Jeden z największych dzienników dużego i zamożnego kraju zachodniego sprokurował więc fejka, który wesoło latał po całym świecie przez kilka dni wprowadzając w błąd miliony ludzi.

Tego typu sytuacje zawsze podważają zaufanie do dużych mediów

Dużych mediów, naukowców, lekarzy, urzędników państwowych i co tam jeszcze można wrzucić do worka „tradycyjnie uznawanych autorytetów”. Każda wpadka wywołuje lawinę głosów o zakłamanych mass mediach (przykładu mediów się trzymajmy) i pokazujących alternatywę: niezależne dziennikarstwo obywatelskie skupione na Facebooku, Twitterze czy blogach (tak, takich jak ten który właśnie czytacie). Czy słusznie? Poznajmy pewne starożytne narzędzie, które pozwoli ten problem rozwiązać.

„Nie należy mnożyć bytów ponad potrzeby” – głosi w najpopularniejszej wersji słynna zasada „brzytwy Ockhama”

Owej brzytwy ani Wilhelm Ockham nie wymyślił, ani nawet tak nie sformułował. Sam działał w XIV wieku, gdy średniowieczna filozofia osiągnęła swoje najbardziej finalne oblicze, z którego znana jest często do dzisiaj: dzielenia włosa na czworo. Nie jest to sprawiedliwy obraz myśli średniowiecza, ale faktem jest, że w jej schyłkowym okresie to już sami autorzy nie bardzo chyba wiedzieli o co im chodzi. Ockham na tym tle wyróżniał się umiłowaniem prostoty i poszukiwaniem jak najmniej skomplikowanych rozwiązań. Postulował inspirując się Arystotelesem, by uznawać tylko to co jest oczywiste, co wynika z doświadczenia bądź autorytetu Pisma Świętego. Stawiał tym samym tamę wszelkim dopowiedzeniom i intelektualnym zatyczkom wziętych z… nikąd, które filozofowie zawsze lubili sobie dodać, gdy ich system rozjeżdżał się w zderzeniu z faktami.

Kilkaset lat później, w epoce nowożytnej, zaczęto widzieć w brzytwie Ockhama narzędzie do rozwiązania wszystkich sporów filozoficznych, niestety nie jest to takie oczywiste

Tak jak wiele innych narzędzi w kwestiach fundamentalnych brzytwa okazała się zbyt tępa. Nie dosyć, że jest formułowana na najróżniejsze sposoby, to zależnie od interpretatora zyskuje nowe oblicze.

Prostszy jest świat z Bogiem czy bez Boga? Taki, który powstał 6000 lat temu (w satyrycznej wersji: 5 minut temu, wraz z mylącymi tropami, że jest starszy) czy miliardy lat wcześniej? Taki, który zakłada istnienie czegoś poza mną samym czy całkowicie solipsystyczny? Każda odpowiedź na powyższe pytanie z pewnością znalazłaby zwolenników argumentujących swoje stanowisko brzytwą Ockhama właśnie.

To jednak, że coś nie ma uniwersalnego zastosowania, nie oznacza, że nie ma go wcale.

Brzytwa Ockhama jest świetnym rozwiązaniem pomagającym oddzielić w błahych sprawach rzeczy prawdopodobne od mniej prawdopodobnych. Zastanówmy się na przykład jakie są szanse, że kompletną bzdurę (rangi tej o Iranie) opublikuje „Filozofia dla januszy”, a jakie „National Post” i komu, w przypadku rozbieżności zdań należy raczej wierzyć?

Cóż, jeżeli chodzi o ten blog, to gdybym chciał napisać (lub w jakichś okolicznościach został wprowadzony w błąd) fejkowy artykuł to nic właściwie nie jest w stanie mi przeszkodzić. Za stworzenie, weryfikację i dopuszczenie do publikacji odpowiada jedna osoba – ja. To jakie treści publikowane są tutaj, i na tysiącach innych profili jest zdane na dobre chęci i nieomylność pojedynczych osób. Jest naprawdę bardzo prawdopodobne, że na wielu takich blogach i profilach piszą osoby, które albo się kompletnie mylą, albo celowo sieją dezinformację – bo powiedzmy sobie szczerze, w dzisiejszych czasach opłacenie jednego trolla jest dosyć tanią kwestią.

W przypadku dużych mediów jest inaczej

Po pierwsze, ludzie piszą tam pod nazwiskiem. Na większości blogów i profili nazwisk nie ma. Jak robotę spieprzy dziennikarz to ma wilczy bilet do innych redakcji, a ja… no dobra, może nie ja, ja mam nazwisko podane i zweryfikowane przez Patronite, więc nie miałbym aż tak łatwo, ale w każdym razie – większość blogerów w każdej chwili może zlikwidować bloga i założyć nowego. Oczywiście zaczynanie od zera wiąże się z utratą dotychczasowych profili, ale kto się na tym zna, ten wie, że zbudowanie społeczności mającej pięciocyfrową liczbę lajków na FB jest rażąco tańsze niż odzyskanie spalonego nazwiska w świecie zawodowym. Więc i presja na jakość, od której zależy życiowa kariera jest inna.

Po drugie, nawet jak spali się jedna osoba, to zawsze są ludzie wyżej. Redaktor naczelny, redaktor wydania, kolegium… sporo osób musi ten tekst przeczytać i jest dużo większa szansa, że wyłapie fejka przed publikacją.

No i wreszcie – każda gazeta jest bardziej przejrzysta. Kim jestem ja czy kim są inni blogerzy – nie wie nikt. Kim jest wydawca gazety musi wiedzieć organ sądowy, który zarejestrował spółkę, jeżeli jest ona na giełdzie to również organ nadzoru nad giełdą, w końcu, organ, który w Polsce wydaje zgodę na prowadzenie prasy (tak, w Polsce gazety trzeba rejestrować w sądzie, blogów nie).

Podsumowując: co by się musiało stać, żeby fejka wypuściła Filozofia dla januszy, a co, żeby zrobił to wielki ogólnopolski dziennik?

W tym pierwszym wypadku: musiałbym mieć taką zachciankę, albo się pomylić. Prawdopodobieństwo? Nie wiem, ale na pewno wzrasta w okolicy Prima Aprilis 😉

W drugim? Kilka (naście, dziesiąt) osób musiałoby coś przegapić mniej lub bardziej celowo, ryzykując swoje stanowiska i dorobek zawodowy oraz pozycję swojego wydawcy na rynku.

Prawdopodobieństwo? No jednak trochę mniejsze niż moja pomyłka albo fochy…

Brzytwa Ockhama jest nieubłagana

Wiara w to, że wielkie konglomeraty medialne mające przejrzystą (czy: dużo bardziej przejrzystą) strukturę pracowników i właścicieli, zatrudniające tysiące ludzi są ogłupione, skorumpowane lub zdemoralizowane bardziej niż jacyś tam blogerzy jest skrajnie irracjonalna. Rachunek prawdopodobieństwa jest nieubłagany.

Powstaje więc pytanie: dlaczego fejk wyszedł w wielkim dzienniku, nie zaś na małym blogu?

Cóż, pamiętasz 10 ostatnich ludzi na ulicy, jakich minąłeś? A gdybyś minął Roberta Kubic e? No właśnie. Nasz mózg obciążony jest niemożliwymi do zniesienia błędami poznawczymi, takich jak heurystyka dostępności. Nie zwrócimy uwagi na 10 tysięcy przypadkowych ludzi mijanych na ulicy, a zwrócimy uwagę na jednego Roberta Kubicę. Nie zwrócimy uwagi na tysiące bezpiecznych lotów, które odbywają się codziennie (!) w Europie, zwrócimy uwagę na zdarzający się raz na kilka lat wypadek. W końcu, zwrócimy uwagę na jeden fake news wypuszczony przez wielką gazetę, obok puszczając tysiące bzdur produkowanych w social mediach.

Biorąc to wszystko do kupy otrzymujemy zbiór brutalnych faktów:

  • świat raczej wygląda MNIEJ-WIĘCEJ tak jak o nim mówią w TV;
  • ktoś, kto podważa fundamentalne zasady na jakich świat stoi jest najczęściej głupcem, oszustem lub wariatem, nie nowym Galileuszem;
  • jak ktoś ma co do jakichś faktów przekonanie inne niż podziela większość, to najpewniej jest w błędzie lub kłamie, im ta większość jest bardziej przytłaczająca, tym szansa na to bardziej rośnie;
  • naukowcy wiedzą o świecie więcej niż wujek Janusz na imieninach;

To, że wydaje nam się czasami, że jest inaczej wynika zazwyczaj z błędów o których wyżej wspomniałem

Ciągle jednak mówimy o pewnym prawdopodobieństwie i z pewnością ślepa wiara w to co mówią w TV, negowanie istnienia wszelkich możliwych zakulisowych rozgrywek czy posłuszeństwo lekarzowi, choć wali od niego wódą na kilometr byłoby przegięciem w drugą stronę. Czy mamy więc jakieś narzędzia, które choć trochę pozwolą nam genialne teorie odsiać od spisków i bzdur? Tak, jest pewien model który przedstawię w jednym z kolejnych wpisów, ale na razie, kończąc, spróbujmy zastanowić się co się do cholery w tej Kanadzie zdarzyło 12 lat temu.

Nieprzypadkowo wziąłem taki temat: jak wszyscy wiemy Iran jest mocno skonfliktowany z Sami-Wiecie-Jakim krajem a opaski oznaczające mniejszości na ranieniach budziły skojarzenia z Sami-Wiecie-Jakim Narodem w czasach II Wojny Światowej.

Biorąc pod uwagę te wszystkie okoliczności, mamy pewne uzasadnione racje, że to nie była „pomyłka” jaką popełnia gazeta publikująca zupełnie inny wynik meczu. Ale to ciągle nam niewiele mówi!

Czy było tak, że z powodu redakcyjnej tabuizacji tematyki Iranu i Żydów bano się w ogóle sprawdzać pewne treści? A może tabuizacja dotyczyła pewnych pracowników i jakąkolwiek polemikę z nimi traktowano niczym zamach na papieża? A może jednak była zła wola (w pomyłce się ją wyklucza, w kłamstwie nie – taka jest różnica w znaczeniu tych dwóch wyrazów) ale jeśli tak, to na którym poziomie? Czy to jakiś samozwańczy atak na Iran, czy zorganizowana akcja? A jak tak to przez kogo i czy się powiodła, bo jeżeli robiły to służby specjalne to wyjątkowo spieprzyły – dwa dni później co prawda mniejszy, ale jednak krąg zataczało sprostowanie wraz z masą antyizraelskich komentarzy. No i w końcu jest opcja, że ktoś coś wrzucił specjalnie, reszta się bała sprawdzić… czyli jak w katastrofach lotniczych, kumulacja czynników. To taka analiza bardzo na szybko.

Chciałem tym pokazać jedną rzecz

Między rżnięciem głupa i udawaniem, że nic nikomu się nie kojarzy, a twierdzeniem, że za każdym zdarzeniem stoi Soros zmierzający do ustanowienia rządu światowego jest naprawdę sporo możliwości. Bycie sceptycznym to myślenie, a nie wieczne stawanie okoniem wobec wszystkiego i wszystkich co widzimy w telewizji. Warto o tym pamiętać.

Jeżeli Ci się podobało:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *