Zanim zaczniesz czytać stoików… cz. 1

Czy książki filozoficzne się sprzedają? Nie. Czy sprzedają się książki stoików? Zawsze. A im gorzej, tym lepiej. Im gorzej na świecie, ma się rozumieć.

„- A nie było tam przypadkiem Marka Aureliusza? – Był, ale nie w pierwszej trójce!”

„Rozmyślania” cesarza i stoickiego filozofa Marka Aureliusza są bowiem „dopiero” szóste na liście bestsellerów działu filozofia na Amazonie, największego sklepu świata. W Empiku – piąte, w obu zaś przypadkach wyprzedzają je jedynie współczesne opracowania i podręcznik erystyki. Spośród typowo filozoficznych książek jest niekwestionowanym liderem, odsadzając Kantów, Hegli czy innych Arystotelesów o dwie długości. Czyżby więc uwieczniony w „Gladiatorze” cesarz miał na dzieje ludzkiej myśli większy wpływ niż ww. trójka? Oczywiście, że nie.

Popularność Marka Aureliusza (jak i innych stoików – Epikteta i Seneki) nie bierze się z ich gigantycznego wpływu na filozofię, a z tego, że oferują zwykłemu człowiekowi to, czego najczęściej w filozofii zwykły człowiek szuka: pocieszenia.

Jak już kiedyś pisałem, filozofia jest dyscypliną praktyczną. Nie praktyczną w takim sensie jak praktyczna jest medycyna czy nauka spawania. Jest praktyczną dlatego, że daje ideową podkładkę pod różne mniej abstrakcyjne zjawiska. Średniowieczni scholastycy do dziś dostarczają uzasadnienia różnym kościelnym stanowiskom, filozofowie nauki tłumaczą czemu lepiej się słuchać astronomów niż astrologów, ci od prawa zaś co sprawia, że prędzej zatrzymam się na okrzyk „stój!” rzucony przez faceta w granatowej kurtce z napisem „Policja” niż takiego co się mocno zatacza i ma niezbyt zadbany zarost. To wszystko brzmi jako rzecz oczywista, ale oczywiste nie jest i mamy masę przykładów z przeszłości i nie tylko, że różne społeczności mogą mieć na takie fundamentalne sprawy różne poglądy.

Co jednak kiedy „ideowej podkładki” potrzebuje człowiek na okoliczność tego, że „świat się wali” i nie wie co ma robić?

W przeciwieństwie do ww. kwestii takie sytuacje przeżywa każdy z nas. Raczej nikt za wyjątkiem garstki ludzi pozytywnie zakręconych nie zastanawia się czemu słuchać policjanta a nie menela, ale każdy przeżywa jakieś kryzysy w życiu. Zwolnienie, choroba, śmierć, rozwód. Czasami kryzys dopada wręcz całe społeczeństwo. Jak dzisiaj. Jak w 2008. Albo jak w Grecji doby podbojów Aleksandra Wielkiego.

Wyobrażacie sobie, że Polska w 10 lat podbija Rosję, Niemcy i ma jeszcze zamorską kolonię dziwnie pokrywającą się z terytorium obecnego USA?

Raczej nie. Ale taka historia miała miejsce 2350 lat temu, gdy Aleksander Macedoński w perzynę rozbił Imperium Perskie. Jeżeli przyjmiemy „nasz” – zachodni – punkt widzenia, możemy powiedzieć, że był panem całego świata. A razem z nim panami świata stali się Grecy. A nie jest to łatwa rola! To trochę jak z wygraną w totolotka, tylko wydaje się czymś wspaniałym, często zmiana stylu życia na nowy bywa zabójcza.

Grecy przed Aleksandrem żyli w małych społecznościach, nazywanych polis. Takie polis było powierzchniowo wielkości polskiego powiatu i niezbyt bogate (na tle np. Egiptu), wszyscy się tam znali, różnice majątkowe były w nim stosunkowo niewielkie a co najważniejsze: polis nadawało Grekowi sens życia. Teraz jak ktoś się przeniesie z Krakowa do Gdańska to po prostu zmieni miejsce zamieszkania. W takich małych społeczeństwach to nie jest takie proste: relacje rodzinne i gospodarcze sięgają kilku pokoleń wstecz i człowiek już w chwili narodzin „wie” co będzie robił jak dorośnie, kogo będzie lubił, a kogo nienawidził, a bardzo często z kim zawrze małżeństwo.

Jednak wraz z Aleksandrem polis przeszło do historii. Teraz greckie imperium (czy imperia, bo szybko rozpadło się na kilka mniejszych) setki razy większe i ludniejsze, tysiące razy bogatsze a co najważniejsze: greckie było tylko z nazwy. Grecy byli w nich mniejszością, większość stanowili „barbarzyńcy”, ludzie o innym języku, innych zwyczajach, innym poglądzie na świat, a co może najważniejsze: tacy, którymi przez wcześniejsze 200 lat pogardzali jako gorszymi.

Jak być szczęśliwym Grekiem w takim świecie? Trudno, bo musimy jeszcze wyjaśnić czym dla Greka było szczęście.

Tłumaczenie jako „szczęście” greckiego terminu „eudaimonia” na współczesną polszczyznę sprawia podobne problemy jak tłumaczenie dowolnego innego terminu, szczególnie abstrakcyjnego, z zupełnie innej kultury jak nasza. Nie chodzi bowiem w greckim szczęściu o jakikolwiek stan euforii, nie chodzi o posiadanie lub osiągnięcie tego co chciało by się posiadać lub osiągnąć – chodzi o posiadanie tego co się posiadać powinno i zadowolenie z tego stanu rzeczy.

Jak wspomniałem wyżej, pozycja i rola Greka w polis była niemal na pewno z góry przewidziana i wyznaczona. Greka definiowało się w jego różnych stosunkach wobec innych Greków. Szczęście polegało więc na odnalezieniu tej optymalnej funkcji w mikroświecie jakim było polis, wywiązywania się z niej i nie pożądania niczego więcej, jednocześnie pożądając tyle, ile pożądać się na danym stanowisku powinno. Nieszczęśliwy byłby więc świniopas chcący być arystokratą, jak i arystokrata traktowany jak świniopas.

Tą umiejętność znalezienia swojej pozycji i trzymania się jej Grecy nazywali arete.

Arete tłumaczy się zazwyczaj jako „cnota” choć znowu: mało intuicyjny to przykład. Bardziej pasuje „doskonałość w robieniu tego co się robić powinno”. Ale w czasach polis dużo łatwiej było wiedzieć co się powinno robić – najpewniej to co własny ojciec, dziadek, pradziadek itd. Ale co począć w nowym, chaotycznym świecie? Cóż, na dobry początek należałoby go jakoś zrozumieć. I od tego punktu w dalszych rozważaniach wyszli stoicy. I nimi zajmiemy się najpierw.

Część druga w piątek!

Bibliografia:
W. Tatarkiewicz – Historia filozofii t. 1
B. Russell – Dzieje filozofii zachodu
F. Copleston – Historia filozofii t. 1
G. Reale – Historia filozofii starożytnej

Komentarze

Jedna myśl w temacie “Zanim zaczniesz czytać stoików… cz. 1”

Możliwość komentowania jest wyłączona.